Archiwa tagu: żyćko

MP-trójki

Dzisiaj będzie kolejna podróż sentymentalna, acz nieco milsza. :) Tylko pewnie jakaś łyżka dziegciu i tak się tu trafi, bo ciężko mi wspominać tamte czasy po prostu dobrze i miło.

W latach 90 muzyki słuchało się na walkmanach, a na przełomie lat 90 i 00 – na discmanach. Tak jak czasem piszę, nie jestem z biednej rodziny, lecz z hajsem raczej był kał i nie miałam popularnych w tamtych czasach sprzętów i gadżetów ot tak, na wyciągnięcie ręki. Ale walkmana i magnetofon miałam. Oryginalnych kaset miałam niedużo (ale za to posiadałam oryginalną Antologię Beatlesów!), rdzeń mojej młodzieńczej “mediateki” stanowiła muzyka nagrywana z radia lub telewizji/magnetowidu (miałam taki magiczny kabel, który to umożliwiał). Potem (koniec gimnazjum i liceum) muzyki słuchałam głównie z komputera (Winamp na zawsze w mym sercu), a poza domem – z walkmana. Nie zabierałam go jednak do szkoły, chcąc uniknąć interakcji z rówieśnikami, które wywoływały u mnie objawy psychotyczne. :’) Poza tym bałam się, że będą się ze mnie śmiać – nie słuchałam wprawdzie disco polo czy ówczesnego rapu, ale byłam przyzwyczajona do kiepskiego traktowania, więc no. Liceum to była u mnie psychicznie dzika dżungla bez trzymanki i do dziś nawiedza mnie to w snach.

Jakoś na przełomie 2005 i 2006 roku ojciec dał mi discmana z demobilu, którego dostał od kogoś za darmo. Discman trochę się rozwalał, ale generalnie działał. Wypalałam więc płyty audio CD na komputerze i mogłam ich słuchać, chociaż sprzęt czasem czegoś nie czytał, czasem się zacinał, przeskakiwał itp. W końcu jednak przyszła pora i discman zdechł. Równolegle w sprzedaży pojawiła się totalna nowość: przenośne odtwarzacze plików mp3. Cena niestety była początkowo wysoka, ale sprzęt szybko stawał się coraz popularniejszy, więc pojawiały się zarówno promocje, jak i skromniejsze wersje. Pierwszy raz próbowałam zakupić taki odtwarzacz w promocyjnej cenie w wakacje 2006 r. i specjalnie pojechałam po niego do Saturna w Silesii w Katowicach. Oczywiście na miejscu zastałam tylko pustą półkę, bo wszystko sprzedało się jak przysłowiowe świeże bułeczki. No trudno. Druga okazja nadarzyła się już wczesną jesienią – w sklepie Makro. Makro było w tamtych czasach synonimem wszelkiego luksusu i dobrobytu, istny Sezam jak to ujął kiedyś mój znajomy.
Moim pierwszym odtwarzaczem mp3 był Creative MuVo Mix.

Miał 512 MB pamięci i nie miał wbudowanego akumulatora, jak zdecydowana większość takiego sprzętu w tamtych czasach. Trzeba było wkładać baterię albo akumulatorek. Miałam tych akumulatorków kilka i zawsze nosiłam jeden naładowany przy sobie, żeby czasem odtwarzacz mi nie zdechł w trasie, bo to byłby najgorszy możliwy koszmar. Oczywiście już w tamtych czasach istniały o wiele lepsze sprzęty, ale były daleko poza moim zasięgiem finansowym.
Mp-trójki Creative używałam w sumie przez trzy lata i dosłownie był on wtedy moim najwierniejszym i najlepszym przyjacielem. Z powodu silnych lęków społecznych i objawów psychotycznych było mi trudno poruszać się wśród ludzi, a i niestety często – chociaż miałam już 20 lat – padałam ofiarą chamskich komentarzy czy heheszków na ulicy, i to akurat mi się nie uroiło. Tak więc żebym mogła czuć się poza domem bezpiecznie, musiałam mieć na uszach słuchawki. Nie pytajcie, czemu tak było – po prostu ludzie to częstokroć przygłupie gnojki, których niedorobiony mózg, wciąż działający na sofcie z jaskini, każe im piętnować wszelką inność, jaka tylko wpadnie im w oko. Nawet jeśli to tylko obca, młoda i całkowicie nieszkodliwa osoba na ulicy.

Ale akurat w tym przypadku miłe wspomnienia przeważają. Dzięki mojemu MuVo nie nudziłam się i nie stresowałam w drodze na oddział dzienny, do szkoły policealnej czy gabinetu psychiatry. Zapadł mi w pamięć taki obraz, jak siedzę wygodnie na jednej z kanap na oddziale dziennym i słucham utworu “Wiosna 1905” Kaczmara – a akurat była wiosna, tyle że 2007 roku.

Tymczasem moja mieszkająca po sąsiedzku koleżanka (będąca podobnym outsiderem i wyrzutkiem jak ja) miała taki odtwarzacz:

Każdy, kto pamięta te odtwarzacze wie, że były one nie do zdarcia. Ten egzemplarz również służył koleżance kilka długich lat i pewnie gdyby znalazła go gdzieś teraz, to nadal by działał. :) Często wymieniałyśmy się muzyką, tak swoją drogą.

Odtwarzacza Creative używałam, jak napisałam, przez trzy lata. W 2009 r. zastąpił go dużo bardziej wypasiony model, SanDisk Sansa Fuze.

Pozazdrościłam koledze, który miał taki odtwarzacz i mocno go zachwalał, i też kupiłam. Za pierwszą w swoim życiu wypłatę na ówczesnym stażu. Kupno tego odtwarzacza było jedyną zaletą pracy w tym obsranym januszeksie, aspirującym (ale w najbardziej możliwy chu*owy sposób) do bycia korpo.

Swoją drogą, dopiero po wielu latach dowiedziałam się, że było kilka innych kolorów – ale to chyba nie na polskim rynku…? Z tamtych czasów pamiętam tylko czarne.

Sansy używałam tak długo, aż zdechł jej akumulator i przestał się ładować. Kupiłam coś w rodzaju następcy:

Ten odtwarzacz był średni, potem miałam jeszcze ze dwa tanie, a jakoś tak się porobiło, że wraz z rozwojem telefonów i smartfonów odtwarzacze mp3 były coraz gorszej jakości, aż w końcu sama przestałam się nimi interesować.
Na kilka długich lat moim odtwarzaczem został właśnie smartfon, a muzy słucham w apce Musicolet (całkowicie darmowa i zero reklam!) oraz na Spotify.

Tymczasem znajomy z forum napisał mi, że odtwarzacze mp3 są cały czas w sprzedaży, i aż zajrzałam na strony kilku popularnych sklepów z elektroniką… No i stało się, szmatan mnie pokusił. ;)

Cudowny sprzęcik o niebanalnym wyglądzie. Ma 8 GB pamięci, ale można używać dodatkowej karty micro SD. Do tego, co jest dla mnie ważne, odtwarzacz Snowsky obsługuje bluetooth.

Oczywiście obecnie jestem mniej moblina, niż w 2006 roku i nieco później, no i też nikt już mnie nie komentuje na ulicy, ale mimo to odtwarzacz również znalazł zastosowanie w mojej teraźniejszości. :)

Fotogramy

Dzisiaj zabiorę was w krótką podróż sentymentalną.

Fotogram – definicja

Kontekst jest taki, że w latach 2007 – 2009 jako 21-latka uczęszczałam do szkoły policealnej na kierunek technik organizacji reklamy. Nie będę wam tu opisywać całego lore ani żadnych wybitnie ciekawych historii; do szkoły zapisałam się po to, żeby spróbować zacząć w miarę normalnie funkcjonować po półrocznej terapii na dziennym oddziale psychiatrycznym. A wybrałam taki a nie inny kierunek, bo miałam wtedy zajawkę na grafikę komputerową i coś mi się tam tłukło po głowie, że mogłabym z tym związać życie zawodowe.

W tamtej szkole tak jak w każdej innej, trzymałam się na uboczu i nie nawiązałam żadnych znajomości. Byłam mocno lękowa, psychotyczna i brałam wysokie dawki Olzapinu (tbh dla mnie każda dawka Olzapinu jest zbyt wysoka xD), co skutkowało tym, że często spałam na lekcjach i oczywiście hehe patrzcie, ta znowu śpi, beka z typiary lol. Większość ludzi to byli zresztą niespełnieni artyści, którzy nie dostali się na ASP i kiblowali, ale w moim skillu rysunkowym niestety byłam hen daleko za nimi, co dodatkowo potęgowało moją niechęć i alienację.
Przedmioty nie były jakieś specjalnie interesujące, ale na szczęście wymagania nie były zbyt wysokie. Na grafice komputerowej nauczyciel opowiadał jakieś swoje filozofie i historie z życia, więc na szkolnych komputerach głównie oglądałam filmiki z moich ulubionych wtedy gier na YT, bo nudziłam się jak mops. Często olewałam zajęcia, bo wolałam zostać w domu i spać, a potem grać w gry i robić komiksy w Garry’s Modzie, a następnie pisałam sobie usprawiedliwienia i zaliczałam sprawdziany w drugim lub trzecim terminie. xD Tak zresztą robiła cała moja grupa. Pewnie łatwiej byłoby mi to przetrwać, gdyby wtedy istniały już smartfony. Ale nie istniały.

Wśród przedmiotów była też fotografia – analogowa. Byłam wtedy na ten przedmiot ewidentnie za głupia, a nauczycielka była dość irytująca, ale co zrobić? Kobieta rozdała Zenity tym co nie mieli własnych aparatów (ja miałam Zorkę po dziadku) i mieliśmy polatać po osiedlu, na którym znajdował się budynek szkoły i pocykać jakieś fotki. Ja stwierdziłam, że nie chce mi się latać po zimnie z ludźmi, którzy z całą pewnością na pewno mnie szczerze nienawidzą, więc pocykam w mieście rodzinnym z koleżanką. …z czego guzik wyszedł, bo ona pracowała do późna, a to już była zima, więc szybko robiło się ciemno. A sama oczywiście bałam się chodzić po mieście z aparatem. :’) W dodatku nie miałam zielonego pojęcia o fotografii, a o analogowej to już w ogóle, więc nie umiałam nawet prawidłowo ustawić aparatu.
W końcu nadejszła wiekopomna chwila, w której mieliśmy finalne zajęcia w szkolnej ciemni i wywoływaliśmy samodzielnie te nasze fotografie. Ciemnia była wyposażona w powiększalniki Krokus, takie z PRLu, kuwety, koreksy, chemikalia i inne potrzebne rzeczy.

(moja Zorka po dziadku)

Nie muszę mówić, że z wywoływania zdjęć wyszło mi jedno wielkie guano. Po pierwsze, moje zdjęcia technicznie były tragedią, bo nie miałam bladego pojęcia co robię i jakie opcje w aparacie ustawiam. XD Po drugie, jak nauczycielka mówiła o doborze chemii, to oczywiście spałam, i jak przyszło co do czego, to w ogóle nie wiedziałam co jest grane i co mam tam dolać – i to było mocno problematyczne, bo jak napisałam, z powodu psychotycznych jazd i lęków bardzo ciężko było mi rozmawiać z ludźmi z grupy. No niestety, takie były wtedy moje realia.
Także wyszło mi jakieś gównidło, które potem trafiło do kosza – ale przedmiot w bólach zaliczyłam, więc mogłam zapomnieć o sprawie.

Ale ale, to wcale nie koniec historii. Nauczycielka pokazując nam możliwości Krokusów, opowiedziała o czymś, co nazywa się fotogram i zademonstrowała jak to się robi. Spodobało mi się i zrobiłam aż trzy.

Pierwsze to mój kolczyk, drugie – randomowe spinacze (jak widać), a trzecie to moje ówczesne słuchawki. Bodajże JVC Gumy w kolorze niebieskim – to o tyle ważne, że bez mojego ukochanego odtwarzacza mp3 Creative MuVo Mix nie ruszałam się z domu nawet na krok. Swoją drogą, do dziś mi się śni, że muszę naładować do niego akumulatorki, żeby czasem mi nie zdechł w podróży – niezbadane są ścieżki umysłu schizofrenika…

To co tu widzicie, to oczywiście skany – oryginały na papierze fotograficznym przepadły gdzieś w mrokach historii. No i taka to była historia, dzięki za uwagę i do następnego. :3

Spokój artysty

Rysuję odkąd pamiętam. To pozwoliło mi przeżyć – dosłownie. Również jako osoba dorosła nie zaniedbałam tego hobby, stało się moją terapią i możliwością wyrażania siebie. Wiele moich projektów, ze szczególnym uwzględnieniem “Wariata i Wilka” miało dla mnie ogromną wartość terapeutyczną.
Od 2005 roku regularnie publikuję swoje prace w internecie. Początkowo to był flow – brałam ołówek albo podłączałam tablet i rysowałam co tylko mi się wymyśliło, nie patrzyłam na poprawność, anatomię, perspektywę, detal. Liczyła się tylko i wyłącznie moja frajda. Ale gdzieś tam kiełkowała myśl, że chciałoby się czegoś więcej i co powinnam zrobić, żeby być bardziej znaną i rozpoznawaną artystką…

Miłość do rysowania i wymyślania historii zaszczepiła we mnie babcia ze strony ojca. Bardzo mnie kochała, ale zmarła gdy miałam 8 lat i nie miałam możliwości poznać jej jako osoba dorosła. Paradoksalnie moja babcia nieświadomie dała mi klucz do przetrwania… Rysowanie faktycznie pomogło mi przeżyć – kiedy inni chlali i ćpali na imprezach, żeby czuć się lepiej albo wchodzili w nic nie warte związki, ja siedziałam nad kartką i tworzyłam marząc, że może kiedyś da mi to lepsze życie. Że zdobędę uznanie, że ktoś mnie będzie lubić i szanować. Że może nawet na tym zarobię. Tworzyłam, i dawało mi to kopa, było moją siłą, żeby działać, żeby się nie zabić. Miło było mi również, kiedy ktoś to skomentował i pochwalił, pytał kiedy nowy komiks i czekał na więcej. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to nie do końca tak działa. I że papierkiem z uczelni, pochwałą od przełożonego czy ilością serduszek i komentarzy nie kupi się poczucia własnej wartości.

Od 2005 roku minęło kilka, potem kilkanaście lat górek i dołków. Ale kartka, ołówek, tablet i Photoshop były zawsze ze mną. Próbowałam coś zmieniać, próbowałam nowych rzeczy, chociaż z tyłu głowy miałam zawsze, że nie jestem wystarczająco dobra i że nie jestem w stanie robić postępów – a fakt, że nigdy nie miałam jakiejś wielkiej publiczności niestety utwierdzał mnie w tych przekonaniach. Nawet jeśli nie chciałam pozwolić dojść im do głosu.

Rysowanie było moją ucieczką. Kobiety-normiki z byłej pracy całą dniówkę myślały, że muszą zrobić pięć prań, ugotować obiad, ogarnąć dzieciaki i oczywiście swojego głupiego, leniwego chłopa. Ja całą dniówkę myślałam o moich postaciach i scenariuszach do kolejnych pasków i komiksów. I tak to się kręciło. A potem weszłam w związek (ale zdrowy, a nie toksyczny) i już nie musiałam uciekać – ale moja łepetyna jest na tyle elastyczna, że w końcu zaadaptowałam swoją pasję do nowych warunków i do nowego życia. To też dało mi dużą swobodę i spokój. Ale wcześniej było kiepsko.

W 2018 roku zaczęłam publikować tzw. komiks o Auschwitz, kto pamięta, ten pamięta – to był dla mnie w chuj emocjonalny temat i bardzo, ale to bardzo bałam się wyśmiania, negatywnego feedbacku, przeinaczania moich dobrych intencji i tak dalej. Dlatego zdecydowałam się publikować ten komiks na zamkniętym blogu. Podałam hasło różnym znajomym i… jak wielki był mój ból dupy, kiedy okazało się, że NIKT nie wszedł na tę stronę i każdy miał po całości wyjebane na ten projekt! To serio był wielki ból, bo temat był dla mnie bardzo ważny, ten projekt też, a tutaj “jak zawsze” – nikogo to nie obchodziło!

Na swoje hmm usprawiedliwienie muszę powiedzieć, że wtedy było średnio z moją psychiką – nie, że kiedykolwiek było jakoś bardzo dobrze, ale to był słabszy czas. Mocno myślałam jak wyrwać się z domu i zapewnić sobie lepsze życie, bo praca w ZAZie, gdzie byłam traktowana jak ostatnie gówno i taka też była wysokość mojej wypłaty, nie odpowiadała mi. Z braku laku wróciłam do tego, co dobrze znałam, a że było to nieco psychotyczne…

No i cóż, przez kolejny rok, półtora roku byłam przeświadczona, że tworzę wybitne arcydzieło, co – jeśli spojrzeć na sprawę po latach – nie było za bardzo zgodne z rzeczywistością.
Potem się trochę odważyłam i publikowałam już bardziej “jawnie”, ale wciąż nie miałam żadnego zainteresowania ani feedbacku. I wtedy zaczęła mnie boleć dupa, ale tak na serio i tak mocno.

Patrzyłam z jawną zawiścią na znajomych z DeviantArta, którzy mieli swoje projekty – a te projekty zdobywały zainteresowanie i uznanie publiki. Każdy znał ich postacie i dopytywał o nowe strony albo szczegóły fabuły. Ja dostawałam co najwyżej komentarz, że “ten koleś z lewej ma dziwną rękę” (faktycznie, długo rysowałam zniekształcone parówki albo jakieś rybie ogony zamiast dłoni :D) I tak, schizotypowi może być ciężko zrozumieć, że większość ludzi woli jednak różowe kucyki albo inne normalne rzeczy od kominów krematoriów… Trwało to rok, dwa, ze trzy. Stopniowo rysowałam coraz mniej czegokolwiek i całkowicie zwątpiłam w siebie i swoją pasję. Mówiłam sobie: po chuja, skoro nikogo to nie obchodzi. I już nie chodziło o konkrety typu bardzomądryipoważnyąę komiks o Auschwitz, tylko już o wszystko. Bo kogo obchodzą 20-letnie gry, w które nikt już nie gra, bo kogo obchodzą furrasy SFW, bo kogo obchodzą jakieś moje schizotypowe rozkminy, skoro nikt ich nie rozumie, bo nikt nie żyje ani nie myśli jak ja?

Moja sytuacja prywatna też była słaba, bo z powodu mojej choroby psychicznej nie byłam w stanie znaleźć żadnej pracy i zostałam bez środków do życia. Na przełomie roku 2022 i 2023 próbowałam prowadzić własną firmę. Ogólnie wyszło z tego jedno wielkie gówno – zostałam na lodzie z problemami i kupą długów, które jeszcze długo będę spłacać. Stresy zniszczyły mi psychikę tak bardzo, że dopiero w bieżącym roku, po wyprowadzce z miasta rodzinnego, zaczęłam się wreszcie regenerować. Dodam, że wcześniej spędziłam 35 lat w dysfunkcyjnej rodzinie z problemem alkoholowym.
Jakkolwiek, w 2022 roku zaczęłam też terapię indywidualną. Pierwszą i jedyną sensowną oraz skuteczną – począwszy od 2006 roku. Praca z osobą z moimi zaburzeniami niestety przerasta większość terapeutów (o czym dość boleśnie się przekonałam), więc miałam ogromne szczęście.

I razu pewnego, pod wpływem postów na Instagramie pewnej psychoterapeutki specjalizującej się w leczeniu traumy oraz tego, co mówiła mi moja terapeutka – ale ja nie do końca to rozumiałam… PYKŁO. Zrozumiałam. Tu nie chodzi o to, że ludzie nie lubią i nie chcą komiksów o tym, tamtym czy czymkolwiek. Tu nie chodzi o lajki, tu nie chodzi o to, że większość lubi modne kolorowe kreskówki zamiast jakichś podziemnych tworów, tu nawet nie chodzi o robiące na złość małym artystom algorytmy, tu nie chodzi o to, że jestem odmieńcem… Tu chodzi o moją jebaną wielką traumę z dzieciństwa, która stanowi fundament mojej choroby psychicznej. Oraz o wdrukowane schematy i programy, które się z tym wiążą.
I dlatego boli. Dlatego boli, że nikt nie skomentował. Dlatego boli jakiś nieprzychylny komentarz. Dlatego boli brak lajków. Dlatego boli, że statystyki pokazują zero wejść.

Chciałem napisać coś, co wstrząśnie sceną
I wstrząsnęło, ale mną to, że się nie przyjęło
Stałem pod ścianą, czując tylko niemoc
I wtedy coś runęło i zaczęło się

~Zeus

Czasem się śmieję, że jestem taka psycho-loszka z memów, która podciągnęłaby dosłownie wszystko pod traumy z dzieciństwa. Ale większość ludzi tego nie wie: jeśli człowiek ma jakieś lęki czy kompleksy, a to co tworzy uważa za guano i chciałby dążyć do bliżej nieokreślonej (i nieistniejącej) perfekcji, wciąż porównując się z innymi – jest duża szansa, że to właśnie trauma z dzieciństwa. :P Objawem traumy z dzieciństwa jest też uzależnienie swojego tworzenia od aprobaty i atencji innych ludzi. I nie, nie trzeba było mieć rodziców alkoholików ani być bitym czy głodzonym, żeby mieć traumę, serio serio.
Znowu zaczęłam regularnie podłączać tablet i tworzyć, coraz mniej przejmując się tym, jak i czy w ogóle ktoś to odbierze. Po prostu, płynę z falą. Nieważne, że nie jest idealnie, że coś mogłabym poprawić czy zrobić inaczej – jest tak, jak w tym danym momencie miało być najlepiej. Inni rysują “lepiej”, mają więcej lajków, ich historie są bardziej chwytliwe, zarabiają pieniądze, ktoś chce ich wydać? Fajnie. Ja jestem sobą i tym samym chcę żyć ze sobą w zgodzie.
I to też nie jest tak, że ten komiks o Auschwitz był dla mnie tylko źródłem bólu dupy i teraz widzę go jako coś kiepskiego lub porażkę. Dzięki niemu zrobiłam ogromny progres i całkowicie zmieniłam swój styl rysowania. Zaczęłam stosować nowe rozwiązania i nowe techniki, nauczyłam się wiele nowych rzeczy w kwestii obsługi programów graficznych.

Rysuję i czuję satysfakcję. Mój narzeczony chwali, jara się, wrzuca sobie na tapetę w telefonie – i to jest moja nagroda. Że najbliższy mi, najważniejszy w moim życiu człowiek docenia to co tworzę. A ja mam satysfakcję i jestem z tego co narysowałam zadowolona. Reszta jest opcjonalna. Nauczyłam się też wystrzegać pułapek związanych z używaniem social mediów, szczególnie tych mainstreamowych. Nie chce mi się już bawić w jakieś Facebooki, zasięgi i promowania.
Nie mam parcia na szkło. Wiem, że w moim wieku i z moją “miłością” do ludzi nie osiągnę już za wiele na tym artystycznym polu. Może i mogłabym, na przykład wydając coś na papierze, ale nie chcę. Doznałam w życiu tyle przemocy i nienawiści, że nie mam już siły na prężenie się przed publicznością i ryzykowanie hejtu. A poza tym naprawdę ciężko mi dogadać się czy współpracować z kimkolwiek. Człowiek z osobowością psychotyczną nie ma dystansu do takich rzeczy i ciężko mu jakikolwiek wyrobić. Łatwo za to wkręcić sobie jakąś głupotę i pójść za jej głosem.

Nie mogę powiedzieć, że zawsze jest super i stabilnie. Jak każdy człowiek z problemami psychicznymi miewam gorsze i lepsze dni. Moje zaufanie do ludzi jest mocno nadwyrężone, co często przekłada mi się na smutek i frustrację. Mam kilka kompleksów i m.in. z tego powodu nie pokazuję się publicznie na żadnych festiwalach ani eventach. Nie jestem społeczną osobą i to się już nie zmieni. Pilnuję, żeby w kadrze nie było widać ceny, jaką płacę za “idealne życie” i “pieniądze za nic”. Czasem jeszcze to, że dupska pieką daje mi satysfakcję, ale prawda jest taka, że staram się izolować od toksycznych ludzi i ich wpływu na moją psychikę.
Staram się dążyć do jakiejś stabilizacji, także w realizowaniu mojego hobby, i tego się trzymam. :)

Co tam, jak tam

Przez jakiś czas moje blogi były niedostępne, co było spowodowane moim złym samopoczuciem psychicznym. Złe samopoczucie psychiczne jest nieodłączną częścią mojego życia i czasem mi się zdarza, stąd takie sytuacje raz na jakiś czas. Blogi, jak widać, już wróciły i można znowu je odwiedzać.

Trochę rysuję, ale ostatnio bez entuzjazmu, bo ta pojebana pogoda bardzo mnie męczy, i psychicznie i fizycznie. Ale to wciąż lepsze, niż upały… Ostatnio robiłam rysunek na zamówienie, w wersji która odpowiada klientowi kompletnie mi się nie podoba – dlatego nie wrzucę go na żadne swoje socjale, no ale klient zapłacił, więc jak tam sobie chce. W międzyczasie próbuję tworzyć kolejne paski komiksowe, ale jakoś mi to nie idzie. Brakuje mi energii na cokolwiek.

A, chciałabym wrócić do nagrywania speedpaintów na YT, ale już tylko prywatnie dla znajomych oraz czytelników bloga. Będę wrzucać też filmiki z drona, bo ostatnio znowu trochę latamy.

Z gier, gram w “Warhammer 40,000: Inquisitor – Martyr” i pyknęło mi już 47 godzin. Gra wciąga i daje satysfakcję nawet mimo ograniczonego zasobu broni i zdolności, więc brnę dalej. :) Nie wiem, czy ukończę ją w lipcu i czy wpadnie nowy wpis na Szczurzy Gaming, ale jeśli nie to myślę, że jakoś to przeżyjecie. xd Chcę ukończyć ten tytuł, choćby miał mi zająć kilkaset godzin, bo jak na moje, jest tego warty.

Książki nie czytam, bo kompletnie nie mam weny ani nastroju… Ochota na rękodzieło również całkowicie mi zniknęła po pewnej nieprzyjemnej sytuacji związanej z serwisem Vinted oraz kiepskich rozkminach, że wybicie się bez płacenia i tzw. fanbase jest we współczesnym internecie niemożliwe.

A z nowości typowo technicznych: na każdym z moich blogów dodałam podstronę “Co nowego”, w której znajdziecie przegląd ostatnich najnowszych wpisów z całego Pipczykversum. :) Nie udało mi się tylko dodać tam fotobloga, ale może jeszcze spróbuję przysiąść i pokminić czy w ogóle się da.
Dodam, że pełną listę moich aktywnych blogów i socjali znajdziecie TUTAJ. A jeśli ktoś lubi być na bieżąco, a nie ogarnia RSSów lub nie siedzi na moim forum Bunkier23, zapraszam do odwiedzin tej strony: pipczykversum.openwrite.io. Wrzucam tam na bieżąco każdy update, można zaglądać.

Zapraszam i do poczytania niebawem. :)