Miałam ostatnio kilka pechowych przygód, z których jedna zakończyła się… zainstalowaniem na moim MSI Katana Ubuntu. No cóż, chęci miałam dobre, no ale wiadomo jak to jest w tym przysłowiu o dobrych chęciach. Żeby nakreślić wam w czym tkwi problem, objaśnię, że programy, których używam do rysowania (Clip Studio Pain i MediBang) są dla mnie święte, tak samo jak święte jest dla mnie rysowanie. Bez rysowania nie żyję, nie oddycham i nie funkcjonuję, koniec kropka. Zmiana programów też nie chodzi w grę (chyba, że Photoshopa na Gimpa).
I pomimo najszczerszych chęci, tutoriali i wskazówek, nie udało mi się zmusić Clipa do działania ani za pomocą Bottles, ani za pomocą Wine. Po całym długim dzionku pieprzenia się z tym, skapitulowałam i zainstalowałam ponownie Windowsa…
Nie zrozumcie mnie źle – zrobiłam to z pewnym żalem. Ubuntu fajny system, ok, ale to wciąż – mimo zmian jakie dokonały się w nim na przestrzeni ostatnich 8 lat – nie jest system przyjazny dla zwykłego szarego człowieka, który chciałby tylko cieszyć się w pełni działającym laptopem. Nie mam wiedzy, żeby rozgryzać tajniki Wine i Bottles i nie dostać przy tym ciężkiej kurwicy.
Więc mam znowu Windowsa i wszystko działa.
Zainstalowałam Gimpa i udało mi się coś w nim podziałać.

Rysunek oczywiście powstał w CSP, Gimpa użyłam tylko do dodania pewnych elementów. I… jest lepszy niż PS. Stąd moja decyzja: w maju zapłacę jeszcze za PS, na dniach zainstaluję go i dodam sobie gradienty do Gimpa i… nara, Adobe.
Przez tych kilka przygód (pechowych), trochę wybiłam się z rytmu. Teraz za to staram się ogarnąć wielkie sprzątanie domu, ale bywa z tym różnie.
Myślę, żeby zacząć czytać kolejną książkę, ale na razie za dużo się dzieje. Także – wracam do swoich hobby i innych nie związanych z obowiązkami aktywności dopiero za kilka dni.
