Archiwum miesiąca: wrzesień 2026

Podsumowanie tygodnia 01

…a sobie będę pisać. Zobaczymy czy się przyjmie. Dla mnie przy okazji pisanie terapeutyczne, bo wymaga powrotu do pewnych faktów i posegregowania ich w głowie przed przelaniem do blogowego edytora.

Poniedziałek:
Po weekendzie nie wróciłam do grania w “Preya”, którego napoczęłam w zeszły piątek. Dość męcząca dla mnie gra i niestety dostałam gaming sickness. :’) Może potem przejdzie, a może nie. Na domiar złego i Misia, i mnie złapało choróbsko. Misiowi poszło w kaszel, a ja dostałam parszywej jelitówki, więc już w ogóle mi się odechciało wszystkiego.

Wtorek:
Nasze samopoczucie zaskakująco się polepszyło, więc wsiedliśmy na rowery i pierdyknęliśmy 20 km po okolicy. Jak na dwa grubasy z dwucyfrową nadwagą to chyba całkiem fajny wynik. :)

Środa:
Odpoczywaliśmy, a do tego standardowe obowiązki domowe, czyli nic ciekawego.

Czwartek:
Czwartek minął pod znakiem innej wycieczki. Najpierw pojechaliśmy do cioteczki, która jak co roku do początku jesieni przebywa głównie na swojej działce za miastem. Cioteczka dała nam swoje domowe kiszonki, które okazały się wyśmienite. Jesteśmy też bogatsi o sprawny telewizor CRT, ale jeszcze nie wiemy czy go zatrzymamy – do PlayStation 2 mamy już inny odpowiedni i lepszy telewizor. No i ponieważ okolica działki jest malownicza, mój polatał trochę dronem i zrobił kilka ładnych ujęć.
Po wizycie u cioteczki pojechaliśmy odwiedzić teściów, a konkretnie teściową, bo teść siedział do późna w pracy. Zjedliśmy smaczną obiadokolację i dostaliśmy wałówkę, a psica była oczywiście w siódmym niebie, bo latała po działce, a potem “babcia” ukochała.

Piątek:
Miś miał swoje święto, więc było trochę dobrości. Ale niestety 3/4 dnia zeszło nam na zakupach… Szukaliśmy różnych tzw. przydasiów do domu i ogrodu. Kupiliśmy w końcu odpowiednie grabie do ogrodu, Miś kupił aktualnie potrzebne do roboty przy domu rzeczy, a moja kolekcja wzbogaciła się o kolejny kaktusik. :) Niestety wciornastki zaczęły się panoszyć i musiałam zamówić na Allegro specjalny preparat na to paskudne guano. Zdrowie ok, chociaż rano męczy mnie kaszel (dzięki temu wcześniej wstaję xd). Zabrałam się też za cieniowanie pierwszej strony mojego fankomiksu z Half-Life 2.

Sobota:
Odebrałam środek na wciornastki i opryskałam wszystkie kwiatki w pokoju na dole. Mam nadzieję, że ich nie spali. xD Mieliśmy jeszcze kotlety i mizerię od teściowej, więc zrobiłam do nich puree. Przyznam nieskromnie, że wyszło mi zajebiście i mogę powiedzieć, że dorównałam mojej śp. babci w tej kwestii. :) A tak to dzień minął mi na standardowych obowiązkach w domu i cieniowaniu kolejnych kadrów mojego komiksu.

Niedziela:
Planowaliśmy spacer, ale pogoda od rana była fatalna. Miś walczył z odkurzaczami, które jakiś czas temu dostaliśmy od teścia. Odkurzacze były strasznie zasyfione i naprawdę dużo fatygi kosztowało Misia ich wyczyszczenie – jeden ma trafić do mojej mamy, i straszny wstyd wysłać jej takiego brudasa. Ja równolegle sprzątałam nasz pokój dzienny i udało mi się – w końcu poodkurzałam i umyłam podłogę! Fajnie mieć znowu energię i nie czuć się notorycznie jak gówno (powrót energii zawdzięczam lekom na tarczycę i żelazu).

Spokój artysty

Rysuję odkąd pamiętam. To pozwoliło mi przeżyć – dosłownie. Również jako osoba dorosła nie zaniedbałam tego hobby, stało się moją terapią i możliwością wyrażania siebie. Wiele moich projektów, ze szczególnym uwzględnieniem “Wariata i Wilka” miało dla mnie ogromną wartość terapeutyczną.
Od 2005 roku regularnie publikuję swoje prace w internecie. Początkowo to był flow – brałam ołówek albo podłączałam tablet i rysowałam co tylko mi się wymyśliło, nie patrzyłam na poprawność, anatomię, perspektywę, detal. Liczyła się tylko i wyłącznie moja frajda. Ale gdzieś tam kiełkowała myśl, że chciałoby się czegoś więcej i co powinnam zrobić, żeby być bardziej znaną i rozpoznawaną artystką…

Miłość do rysowania i wymyślania historii zaszczepiła we mnie babcia ze strony ojca. Bardzo mnie kochała, ale zmarła gdy miałam 8 lat i nie miałam możliwości poznać jej jako osoba dorosła. Paradoksalnie moja babcia nieświadomie dała mi klucz do przetrwania… Rysowanie faktycznie pomogło mi przeżyć – kiedy inni chlali i ćpali na imprezach, żeby czuć się lepiej albo wchodzili w nic nie warte związki, ja siedziałam nad kartką i tworzyłam marząc, że może kiedyś da mi to lepsze życie. Że zdobędę uznanie, że ktoś mnie będzie lubić i szanować. Że może nawet na tym zarobię. Tworzyłam, i dawało mi to kopa, było moją siłą, żeby działać, żeby się nie zabić. Miło było mi również, kiedy ktoś to skomentował i pochwalił, pytał kiedy nowy komiks i czekał na więcej. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to nie do końca tak działa. I że papierkiem z uczelni, pochwałą od przełożonego czy ilością serduszek i komentarzy nie kupi się poczucia własnej wartości.

Od 2005 roku minęło kilka, potem kilkanaście lat górek i dołków. Ale kartka, ołówek, tablet i Photoshop były zawsze ze mną. Próbowałam coś zmieniać, próbowałam nowych rzeczy, chociaż z tyłu głowy miałam zawsze, że nie jestem wystarczająco dobra i że nie jestem w stanie robić postępów – a fakt, że nigdy nie miałam jakiejś wielkiej publiczności niestety utwierdzał mnie w tych przekonaniach. Nawet jeśli nie chciałam pozwolić dojść im do głosu.

Rysowanie było moją ucieczką. Kobiety-normiki z byłej pracy całą dniówkę myślały, że muszą zrobić pięć prań, ugotować obiad, ogarnąć dzieciaki i oczywiście swojego głupiego, leniwego chłopa. Ja całą dniówkę myślałam o moich postaciach i scenariuszach do kolejnych pasków i komiksów. I tak to się kręciło. A potem weszłam w związek (ale zdrowy, a nie toksyczny) i już nie musiałam uciekać – ale moja łepetyna jest na tyle elastyczna, że w końcu zaadaptowałam swoją pasję do nowych warunków i do nowego życia. To też dało mi dużą swobodę i spokój. Ale wcześniej było kiepsko.

W 2018 roku zaczęłam publikować tzw. komiks o Auschwitz, kto pamięta, ten pamięta – to był dla mnie w chuj emocjonalny temat i bardzo, ale to bardzo bałam się wyśmiania, negatywnego feedbacku, przeinaczania moich dobrych intencji i tak dalej. Dlatego zdecydowałam się publikować ten komiks na zamkniętym blogu. Podałam hasło różnym znajomym i… jak wielki był mój ból dupy, kiedy okazało się, że NIKT nie wszedł na tę stronę i każdy miał po całości wyjebane na ten projekt! To serio był wielki ból, bo temat był dla mnie bardzo ważny, ten projekt też, a tutaj “jak zawsze” – nikogo to nie obchodziło!

Na swoje hmm usprawiedliwienie muszę powiedzieć, że wtedy było średnio z moją psychiką – nie, że kiedykolwiek było jakoś bardzo dobrze, ale to był słabszy czas. Mocno myślałam jak wyrwać się z domu i zapewnić sobie lepsze życie, bo praca w ZAZie, gdzie byłam traktowana jak ostatnie gówno i taka też była wysokość mojej wypłaty, nie odpowiadała mi. Z braku laku wróciłam do tego, co dobrze znałam, a że było to nieco psychotyczne…

No i cóż, przez kolejny rok, półtora roku byłam przeświadczona, że tworzę wybitne arcydzieło, co – jeśli spojrzeć na sprawę po latach – nie było za bardzo zgodne z rzeczywistością.
Potem się trochę odważyłam i publikowałam już bardziej “jawnie”, ale wciąż nie miałam żadnego zainteresowania ani feedbacku. I wtedy zaczęła mnie boleć dupa, ale tak na serio i tak mocno.

Patrzyłam z jawną zawiścią na znajomych z DeviantArta, którzy mieli swoje projekty – a te projekty zdobywały zainteresowanie i uznanie publiki. Każdy znał ich postacie i dopytywał o nowe strony albo szczegóły fabuły. Ja dostawałam co najwyżej komentarz, że “ten koleś z lewej ma dziwną rękę” (faktycznie, długo rysowałam zniekształcone parówki albo jakieś rybie ogony zamiast dłoni :D) I tak, schizotypowi może być ciężko zrozumieć, że większość ludzi woli jednak różowe kucyki albo inne normalne rzeczy od kominów krematoriów… Trwało to rok, dwa, ze trzy. Stopniowo rysowałam coraz mniej czegokolwiek i całkowicie zwątpiłam w siebie i swoją pasję. Mówiłam sobie: po chuja, skoro nikogo to nie obchodzi. I już nie chodziło o konkrety typu bardzomądryipoważnyąę komiks o Auschwitz, tylko już o wszystko. Bo kogo obchodzą 20-letnie gry, w które nikt już nie gra, bo kogo obchodzą furrasy SFW, bo kogo obchodzą jakieś moje schizotypowe rozkminy, skoro nikt ich nie rozumie, bo nikt nie żyje ani nie myśli jak ja?

Moja sytuacja prywatna też była słaba, bo z powodu mojej choroby psychicznej nie byłam w stanie znaleźć żadnej pracy i zostałam bez środków do życia. Na przełomie roku 2022 i 2023 próbowałam prowadzić własną firmę. Ogólnie wyszło z tego jedno wielkie gówno – zostałam na lodzie z problemami i kupą długów, które jeszcze długo będę spłacać. Stresy zniszczyły mi psychikę tak bardzo, że dopiero w bieżącym roku, po wyprowadzce z miasta rodzinnego, zaczęłam się wreszcie regenerować. Dodam, że wcześniej spędziłam 35 lat w dysfunkcyjnej rodzinie z problemem alkoholowym.
Jakkolwiek, w 2022 roku zaczęłam też terapię indywidualną. Pierwszą i jedyną sensowną oraz skuteczną – począwszy od 2006 roku. Praca z osobą z moimi zaburzeniami niestety przerasta większość terapeutów (o czym dość boleśnie się przekonałam), więc miałam ogromne szczęście.

I razu pewnego, pod wpływem postów na Instagramie pewnej psychoterapeutki specjalizującej się w leczeniu traumy oraz tego, co mówiła mi moja terapeutka – ale ja nie do końca to rozumiałam… PYKŁO. Zrozumiałam. Tu nie chodzi o to, że ludzie nie lubią i nie chcą komiksów o tym, tamtym czy czymkolwiek. Tu nie chodzi o lajki, tu nie chodzi o to, że większość lubi modne kolorowe kreskówki zamiast jakichś podziemnych tworów, tu nawet nie chodzi o robiące na złość małym artystom algorytmy, tu nie chodzi o to, że jestem odmieńcem… Tu chodzi o moją jebaną wielką traumę z dzieciństwa, która stanowi fundament mojej choroby psychicznej. Oraz o wdrukowane schematy i programy, które się z tym wiążą.
I dlatego boli. Dlatego boli, że nikt nie skomentował. Dlatego boli jakiś nieprzychylny komentarz. Dlatego boli brak lajków. Dlatego boli, że statystyki pokazują zero wejść.

Chciałem napisać coś, co wstrząśnie sceną
I wstrząsnęło, ale mną to, że się nie przyjęło
Stałem pod ścianą, czując tylko niemoc
I wtedy coś runęło i zaczęło się

~Zeus

Czasem się śmieję, że jestem taka psycho-loszka z memów, która podciągnęłaby dosłownie wszystko pod traumy z dzieciństwa. Ale większość ludzi tego nie wie: jeśli człowiek ma jakieś lęki czy kompleksy, a to co tworzy uważa za guano i chciałby dążyć do bliżej nieokreślonej (i nieistniejącej) perfekcji, wciąż porównując się z innymi – jest duża szansa, że to właśnie trauma z dzieciństwa. :P I nie, nie trzeba było mieć rodziców alkoholików ani być bitym czy głodzonym, żeby mieć traumę, serio serio.
Znowu zaczęłam regularnie podłączać tablet i tworzyć, coraz mniej przejmując się tym, jak i czy w ogóle ktoś to odbierze. Po prostu, płynę z falą. Nieważne, że nie jest idealnie, że coś mogłabym poprawić czy zrobić inaczej – jest tak, jak w tym danym momencie miało być najlepiej. Inni rysują “lepiej”, mają więcej lajków, ich historie są bardziej chwytliwe, zarabiają pieniądze, ktoś chce ich wydać? Fajnie. Ja jestem sobą i tym samym chcę żyć ze sobą w zgodzie.
I to też nie jest tak, że ten komiks o Auschwitz był dla mnie tylko źródłem bólu dupy i teraz widzę go jako coś kiepskiego lub porażkę. Dzięki niemu zrobiłam ogromny progres i całkowicie zmieniłam swój styl rysowania. Zaczęłam stosować nowe rozwiązania i nowe techniki, nauczyłam się wiele nowych rzeczy w kwestii obsługi programów graficznych.

Rysuję i czuję satysfakcję. Mój narzeczony chwali, jara się, wrzuca sobie na tapetę w telefonie – i to jest moja nagroda. Że najbliższy mi, najważniejszy w moim życiu człowiek docenia to co tworzę. A ja mam satysfakcję i jestem z tego co narysowałam zadowolona. Reszta jest opcjonalna. Nauczyłam się też wystrzegać pułapek związanych z używaniem social mediów, szczególnie tych mainstreamowych. Nie chce mi się już bawić w jakieś Facebooki, zasięgi i promowania.
Nie mam parcia na szkło. Wiem, że w moim wieku i z moją “miłością” do ludzi nie osiągnę już za wiele na tym artystycznym polu. Może i mogłabym, na przykład wydając coś na papierze, ale nie chcę. Doznałam w życiu tyle przemocy i nienawiści, że nie mam już siły na prężenie się przed publicznością i ryzykowanie hejtu. A poza tym naprawdę ciężko mi dogadać się czy współpracować z kimkolwiek. Człowiek z osobowością psychotyczną nie ma dystansu do takich rzeczy i ciężko mu jakikolwiek wyrobić. Łatwo za to wkręcić sobie jakąś głupotę i pójść za jej głosem.

Nie mogę powiedzieć, że zawsze jest super i stabilnie. Jak każdy człowiek z problemami psychicznymi miewam gorsze i lepsze dni. Moje zaufanie do ludzi jest mocno nadwyrężone, co często przekłada mi się na smutek i frustrację. Mam kilka kompleksów i m.in. z tego powodu nie pokazuję się publicznie na żadnych festiwalach ani eventach. Nie jestem społeczną osobą i to się już nie zmieni. Pilnuję, żeby w kadrze nie było widać ceny, jaką płacę za “idealne życie” i “pieniądze za nic”. Czasem jeszcze to, że dupska pieką daje mi satysfakcję, ale prawda jest taka, że staram się izolować od toksycznych ludzi i ich wpływu na moją psychikę.
Staram się dążyć do jakiejś stabilizacji, także w realizowaniu mojego hobby, i tego się trzymam. :)