Archiwum miesiąca: maj 2026

Fotografia – moje małe hobby

Lubię robić zdjęcia.
Jak wielokrotnie pisałam tu i tam, nie mam zielonego pojęcia o fotografii, o jej zasadach, terminologii, zasadach kompozycji i innych tego typu sprawach, nie umiem nawet używać trybu manualnego w aparacie. xD Niestety nauka przychodzi mi już dość opornie. Po prostu mam jakiś taki zmysł i często wychodzą mi fajne zdjęcia.

Interesuję się tym w sumie od dziecka – swój pierwszy aparat fotograficzny Kodak Photo FX dostałam od ojca na 10 urodziny w 1996 roku. Pamiętam, że był to cały zestaw, także jakieś książeczki dla dzieciaków o fotografii itp. (niestety wszystko po angielsku), ale do czasów obecnych z tego wszystkiego zachował się tylko sam aparat.

To były czasy pt. “nie marnuj kliszy na głupie i niepotrzebne zdjęcia, bo klisza jest droga!”. Maksymalnie można było zrobić 36 zdjęć. I faktycznie, klisza była droga, a wywołanie zdjęć też nieco kosztowało. Pamiętam, że mieliśmy mały zakład fotograficzny na naszej ulicy i tam zawsze chodziło się wywoływać różne zdjęcia, z wakacji, wycieczek itp. Oczywiście największa frajda była wtedy, kiedy udało się naciągnąć mamę na dwie klisze po 36 zdjęć, jeśli były w promocji. :)

Tym aparatem od taty nie zrobiłam żadnych super zdjęć, byłam po prostu dzieciakiem z zabawką, który latał i fotografował to, co w jego mniemaniu było ciekawe. Dodam, że od robienia zdjęć ludziom, wolałam fotografować widoczki, architekturę, przyrodę itp. – i mam tak do dziś.

W czasach liceum kupiłam sobie coś na kształt cyfrówki – za namową kolegi z klasy, który wygrzebał to ustrojstwo gdzieś na Allegro.

(zdjęcie poglądowe z internetu)

Cyfrówka to w sumie za dużo powiedziane. Był to malutki aparacik mieszczący się w każdej kieszeni – wprawdzie robił zdjęcia fatalnej jakości (coś jak pierwsze aparaty w telefonach komórkowych), ale dla nastoletniej mnie był super gadżetem. Był towarzyszem niejednego wypadu czy wycieczki. Pamiętam, że miał też funkcję kamerki internetowej.

W czerwcu 2005 roku, krótko po mojej maturze, mama zlikwidowała jakąś tam książeczkę oszczędnościową i zgodziła się kupić mi porządny jak na tamte czasy aparat cyfrowy. Padło na model Olympus CAMEDIA C-740UZ.

(zdjęcie poglądowe z internetu)

I dopiero mając tego Olympusa, zaczęłam lepiej rozumieć fotografię.

W szkole policealnej (2007 – 2009) miałam krótki epizod z fotografią analogową, gdzie biegało się z jakimiś Zenitami i innymi Zorkami po okolicy i potem wywoływaliśmy to w ciemni. Oczywiście nic mi z tego nie wyszło i nauczycielka, notabene średnio przyjemna osoba, marudziła. Ja się wtedy fatalnie czułam, miałam źle dobrane leki i nie wspominam tych czasów miło. Ale samo doświadczenie było ciekawe. :)

W 2009 mój Olympus był już mocno sfatygowany, na tyle, że na matrycy wyskoczyły martwe piksele. Kupiłam kolejny aparat – Olympus SP-600UZ. Odkupiłam go jako nówkę od znajomego z internetu, którego dziewczyna wygrała ten aparat w jakimś konkursie, ale miała lepszy i chciała sprzedać swoją nagrodę.

(zdjęcie poglądowe z internetu)

Służył mi jeszcze kilka długich lat, w 2016 kupiłam Sony DSC-RX100, ale nie cieszyłam się nim specjalnie, bo krótko potem babcia się połamała i jako, że nie miałam wtedy swojego własnego życia, pomagałam rodzicom w opiece nad babcią przez prawie 7 lat…


(zdjęcie poglądowe z internetu)

Żałuję, że go sprzedałam.

Potem kupiłam aparat Kodak AZ425, że niby taki uniwersalny kompakt, ale aparat okazał się chińskim gównem wyjątkowo marnej jakości.


(zdjęcie poglądowe z internetu)

Sprzedałam go za grosze jakiemuś panu na OLX i starałam się nie roześmiać, kiedy on przed zakupem oglądał to guano niczym jakieś cudo techniki za milion złotych. Mam nadzieję, że może chociaż ten pan ma jakikolwiek pożytek z tego aparatu.

Teraz mam lustrzankę (z obiektywem): Canon EOS 2000D + EF-S 18-55mm f/3,5-5.6 DC III


(zdjęcie poglądowe z internetu)

Do tego dwa dodatkowe obiektywy. Canon EF 50 mm f/1.8 STM i Canon EF 75-300mm F4-5.6 III (ten drugi to teleobiektyw dla ubogich).

Ogólnie czuję się za głupia na ten aparat, ale póki co nie zabieram się za naukę trybów manualnych, bo mam wiele innych spraw do ogarnięcia.
A poza tym robię zdjęcia także telefonem, Samsungiem Galaxy S23.

Gdzie pisać bloga w XXI wieku?

Kilka moich refleksji i wskazówek odnośnie możliwości blogowania we współczesnym internecie. :)

Gotowce:

wordpress.com – strona pozwalająca założyć i prowadzić bloga na WordPressie bez instalowania tego skryptu na własnym hostingu. Ma jednak wielki minus – zdecydowana większość funkcji i wtyczek jest tutaj dostępna jedynie po wykupieniu premium. Darmowa wersja jest mocno okrojona, ale może dla kogoś to będzie wystarczające.

blogger.com – blogi “jak dawniej”, pod egidą Google. Fajną funkcją tego serwisu jest możliwość zakładania prywatnych blogów tylko dla zaproszonych osób. Wadą jest brak możliwości zarządzania treścią tak jak np. w WordPressie, jak i również brak możliwości blokowania użytkowników.

openwrite.io – coś spod egidy Fedi. BARDZO mocno minimalistyczny blog, bez funkcji komentarzy i bez jakichkolwiek wodotrysków, dla osób ceniących ascetyzm (i nie chcących wchodzić na swoim blogu w interakcje). Jeśli chce się z tego wycisnąć coś więcej, wymagana jest już pewna ilość wiedzy informatycznej.

Edit: openwrite właśnie zyskało opcję dodawania komentarzy.

Do samodzielnej instalacji:

wordpress.org – skrypt WordPress do samodzielnej instalacji na własnym hostingu, który daje niezliczone możliwości zarządzania blogiem i treścią. Jednym słowem – ma się dosłownie wszystko pod pełną kontrolą.

flatpress.org – alternatywa dla WordPressa dla osób, które wolą bardziej niezależne i minimalistyczne rozwiązania. Testowałam FlatPress, niestety nie mam dobrego zdania o stabilności tego skryptu – po wgraniu na serwer motywu (z oficjalnej strony), całość się wysypała i tyle było mojej zabawy. Potem już nie wracałam do tematu.

Wiem o istnieniu jeszcze innych skryptów:

– b2evolution
– Dotclear
– PluXml
– Serendipity
– Textpattern

…ale żadnego z nich nigdy nie używałam.

To tyle, jak ktoś ma coś do dodania, to nie krępujcie się. :)

Krótka (bardzo krótka) przygoda z Ubuntu

Miałam ostatnio kilka pechowych przygód, z których jedna zakończyła się… zainstalowaniem na moim MSI Katana Ubuntu. No cóż, chęci miałam dobre, no ale wiadomo jak to jest w tym przysłowiu o dobrych chęciach. Żeby nakreślić wam w czym tkwi problem, objaśnię, że programy, których używam do rysowania (Clip Studio Pain i MediBang) są dla mnie święte, tak samo jak święte jest dla mnie rysowanie. Bez rysowania nie żyję, nie oddycham i nie funkcjonuję, koniec kropka. Zmiana programów też nie chodzi w grę (chyba, że Photoshopa na Gimpa).

I pomimo najszczerszych chęci, tutoriali i wskazówek, nie udało mi się zmusić Clipa do działania ani za pomocą Bottles, ani za pomocą Wine. Po całym długim dzionku pieprzenia się z tym, skapitulowałam i zainstalowałam ponownie Windowsa…
Nie zrozumcie mnie źle – zrobiłam to z pewnym żalem. Ubuntu fajny system, ok, ale to wciąż – mimo zmian jakie dokonały się w nim na przestrzeni ostatnich 8 lat – nie jest system przyjazny dla zwykłego szarego człowieka, który chciałby tylko cieszyć się w pełni działającym laptopem. Nie mam wiedzy, żeby rozgryzać tajniki Wine i Bottles i nie dostać przy tym ciężkiej kurwicy.

Więc mam znowu Windowsa i wszystko działa.

Zainstalowałam Gimpa i udało mi się coś w nim podziałać.

Rysunek oczywiście powstał w CSP, Gimpa użyłam tylko do dodania pewnych elementów. I… jest lepszy niż PS. Stąd moja decyzja: w maju zapłacę jeszcze za PS, na dniach zainstaluję go i dodam sobie gradienty do Gimpa i… nara, Adobe.

Przez tych kilka przygód (pechowych), trochę wybiłam się z rytmu. Teraz za to staram się ogarnąć wielkie sprzątanie domu, ale bywa z tym różnie.

Myślę, żeby zacząć czytać kolejną książkę, ale na razie za dużo się dzieje. Także – wracam do swoich hobby i innych nie związanych z obowiązkami aktywności dopiero za kilka dni.

Nie wiem czy klamka zapadła, ale

Jakiś mądry człowiek powiedział kiedyś, że zmiany to ewolucja, a nie rewolucja – no i tak to jest.

Moje spontaniczne kasowanie różnych rzeczy jest znane w świecie i złośliwie komentowane przez resztki znajomych, które jeszcze gdzieś tam mi się ostały. Odpowiadam, że trudno i muszę z tym żyć, ale coś mi tam ostatnio pykło w głowie, chyba.
Ogólnie siedzę teraz na Fedi i bardzo mi to odpowiada. Kontakt z żywymi ludźmi, którzy mają mózgi, a nie z chamstwem i botami. Można wymieniać z nimi komentarze i nie ma się potem poczucia, że człowiek się wyjebał na ryj i wpadł do rowu z gównem. Na wallu widzę to co chcę, nic nie podnosi mi ciśnienia i nie dostaję żadnej lepy na ryj. A za chamstwo nie ma tam gratyfikacji – jest tylko ban.

Mówiłam, że na FB trzyma mnie grupa książkowa i moje peje. No ale cóż, grupa ostatnio świeci pustkami. Jak ktoś coś wrzuci, to na ogół jakiś slop z szemranych pejów typu ckliwe refleksje o braku patriotyzmu u współczesnej młodzieży – nie to co w 1944, oferty sprzedaży książek albo komentarze jakiegoś boomera, że czyjeś traumy wojenne są za mało spektakularne i źle opisane i on daje tylko dwie gwiazdki na pięć. No, jak widzicie, do wartościowych treści temu daleko. Kiedyś ta grupa miała sens i bywało dużo postów na poziomie, teraz jest miałko.

A peje? Jak się przekonałam, mogę bez nich żyć. I jak pisałam, wolę interakcje z ludźmi, którzy mają świadomość jak działa internet i przy tym nie są sfrustrowanymi dzbanami. Ewentualnie botami… Tak, co trzeci, a na pewno co piąty, użytkownik Facebooka i X to bot. I to taki tzw. zły bot, służący tylko temu, żeby ktoś sobie spieniężał w najlepsze wasze negatywne emocje. Ludziom się wydaje, że walczą z czymś, czego nie lubią, a tu tylko ktoś sobie włączył monetyzację na pełnej kurwie i działa. Ludzka głupota jest jak krowa, co sprytniejszy tutaj doi ją
Nie chcę być częścią takiego szamba, ale nie wykonuję żadnych radykalnych działań typu usuwanie kont itp. Teraz wiem już, że to się musi odbyć powoli. Tak samo jak wcześniej przestałam korzystać z DeviantArta i publikować tam swoje rysunki.

Mam swoje fora, mam swoją blogosferę (blogi, które czytam i sama prowadzę) i chcę korzystać z internetu z głową.
…i nie tylko z internetu.

Ostatnio wyczaiłam, że mój ulubiony (…?) program graficzny Adobe Photoshop ma opcję zwiększania rozdzielczości obrazu przez AI. Ok, Photoshop ma funkcje AI nie od dziś, ale po prostu nigdy z nich nie korzystałam – teraz spróbowałam, chcąc po prostu powiększyć mema… I moim oczom ukazał się taki koszmarek:

Okej, poczułam się jak największy nieudacznik świata, bo płacę za to 80 zł na miesiąc… Pomyślałam, że to bardzo smutne.
Photoshop nie służy mi stricte do rysowania, bo do tego jest kiepski – używam go po prostu na pewnych etapach obróbki. I głównie z przyzwyczajenia. Brutalna dla mnie prawda jest taka, że Gimp ma te same funkcje i jak przysiądę, to zapewne będę w stanie zaimplementować gradienty i jakieś tam inne rzeczy, których używam. 80 zł zostanie na koncie i nie będę zmuszona do patrzenia na funkcje AI, które w przypadku takiej korporacji jak Adobe nie służą niczemu dobremu… A bez apki PS na telefon tym bardziej się obejdę. I nie będę wspierać kolejnej korporacji, która mną gardzi, a ja naiwnie uważam, że daje mi za tą “niewielką opłatą” dobre narzędzie.

Dzisiaj, żeby przełamać pierwsze lody, zrobiłam w Gimpie dwa drobiazgi. Pierwsze to dopasowanie artu ze Szczurem do banneru na tego bloga, a drugi – zastosowanie rozmycia na części zdjęcia. Robi się to niemal identycznie jak w PS, a jedno i drugie zajęło mi w sumie kilka minut.

Także idę ku temu, czym jako młodzi internauci żyliśmy ~20 lat temu. Fora, blogi, Fedi. Nieważne, że nie zbuduje się na tym społeczności i nie ma miliona lajków – pięć żywych i inteligentnych osób jest cenniejsze od trzystu botów. Dziwi mnie, że tak niewielu ludzi to rozumie, ale w sumie co mnie to. No i program graficzny, którego mogę używać za darmo, który nie zbiera żadnych moich danych ani nie wykorzystuje moich prac do nauki AI. Swoje rysunki też chcę prezentować w bardziej przyjaznych miejscach (DeviantArt, dawno temu moje ulubione miejsce w sieci, to obecnie wyjątkowe szambo, działające na tych samych zasadach co mainstreamowe social media, a do tego wszystko tam jest zasrane AI).

No i cóż – może potem zasiądę do Gimpa i pobawię się tymi gradientami i zobaczę co się je z czym.
To tyle. Do następnego. :)