Archiwa tagu: Photoshop

Szczurzy update

Przez jakiś czas siedziałam cicho, bo lato wybitnie nie sprzyja moim aktywnościom. Cierpię okrutnie w upały i nie mam siły kompletnie na nic… Do tego doszły mi pewne nowe problemy zdrowotne, ale leczenie już wdrożone i czuję się dużo lepiej. A na horyzoncie pomału widać już jesień, więc tego się trzymajmy.

Tak więc – co tam i jak tam?
Postanowiłam wrócić do mojego (bardzo) starego projektu, tak, chodzi o fankomiks z Half-Life 2. Pozdrawiam kumatych, którzy wiedzą. :) Na razie nie robię wokół tego za dużo szumu, bo wiadomo jak to jest. Prace posuwają się w swoim (moim xd) tempie, czyli względnie powoli. Ale nie pali się, co nie?

Jeszcze w temacie rysowania: wróciłam do Photoshopa… Po prostu sklejając stronę komiksu (a pracuję na naprawdę dużych plikach, tak po prostu mam) potrzebuję programu, który jest stabilny i nie wysra się na pliku, który ma ponad 100 MB. Tak, moje pliki robocze ze stronami komiksu mają po kilkaset MB, tak pracuję już od lat i wiąże się to z pewnym moim artystycznym “sekretem”. xd
Zarówno Gimp, jak i stara wersja Affinity Photo, nie dawały mi niestety tego komfortu… A poza tym no cóż, w moim wieku i z moją chorobą ciężko ot tak przestawić się na “obce” (mimo wielu podobieństw) narzędzie, skoro przez 20 lat używało się jednego i tego samego. Chociaż trochę boli, że Photoshop nie ma żadnej sensownej konkurencji – nawet płatnej. Affinity miało aspiracje być czymś takim, ale zrobili z tego jakieś okrojone byle co (ale chociaż darmowe – na bezrybiu…).

W ogóle okazało się, że Photoshop ma nową funkcję, bardzo przydatną dla chaotycznych ludzi takich jak ja. :)

Zakupiłam sobie również jakiś czas temu program do obróbki zdjęć – Luminar Neo, bo potrzebowałam “idiot friendly” programu do składania panoram z drona. Darmowy Hugin niestety pokonał mnie wysokim progiem wejścia… Wybrałam Luminar Neo, bo to jeden z nielicznych programów na rynku bez subskrypcji – płacisz raz i masz, nara. No i Luminar okazał się bardzo dobrym i sprawnym narzędziem do składania panoram. :)

A co do twórczości dronowej – konkretnie filmików – postanowiłam spróbować swoich sił na PeerTube. Chociaż “spróbować sił” to za dużo powiedziane – bardziej wrzucam tam te filmy w celu późniejszej możliwości wklejania linków na blogi czy fora. Co to jest PeerTube? TL;DR Fedisowy odpowiednik YouTube. Nie ma tam wielomilionowej publiczności i nie uzbierasz miliarda subów – ale za to nie ma tam też slopu, botów, scamu i wszelkiej toksyny. Coś za coś. To mój kanał, na razie nie ma na nim zbyt dużo, ale można zerknąć. :)

Poza tym nic nowego się nie wydarzyło, książki nie czytam, a niedawno przypomniałam sobie o Martyrze. Tej gry jest zwyczajnie za dużo w stosunku do zdolności, broni i innowacji, ale jak już zaszłam tak daleko, to chcę ją ukończyć. Także po to, żeby zobaczyć jak skończy się ta historia.
Kupiliśmy też limitkę PlayStation 4 i marzy mi się kolekcja pudełek z grami, szczególnie w obliczu tego, co niedawno zapowiedziało Sony. Sporadycznie zbieram też gry na PlayStation 2 (tworzenie retro kącika wciąż przed nami).

No i to tyle z ostatnich nowości i wydarzeń. Mam jeszcze kilka pomysłów, ale nie wiem co z tego wyjdzie, bo weekend zapowiada się upalny. :’)

Krótka (bardzo krótka) przygoda z Ubuntu

Miałam ostatnio kilka pechowych przygód, z których jedna zakończyła się… zainstalowaniem na moim MSI Katana Ubuntu. No cóż, chęci miałam dobre, no ale wiadomo jak to jest w tym przysłowiu o dobrych chęciach. Żeby nakreślić wam w czym tkwi problem, objaśnię, że programy, których używam do rysowania (Clip Studio Pain i MediBang) są dla mnie święte, tak samo jak święte jest dla mnie rysowanie. Bez rysowania nie żyję, nie oddycham i nie funkcjonuję, koniec kropka. Zmiana programów też nie wchodzi w grę (chyba, że Photoshopa na Gimpa).

I pomimo najszczerszych chęci, tutoriali i wskazówek, nie udało mi się zmusić Clipa do działania ani za pomocą Bottles, ani za pomocą Wine. Po całym długim dzionku pieprzenia się z tym, skapitulowałam i zainstalowałam ponownie Windowsa…
Nie zrozumcie mnie źle – zrobiłam to z pewnym żalem. Ubuntu fajny system, ok, ale to wciąż – mimo zmian jakie dokonały się w nim na przestrzeni ostatnich 8 lat – nie jest system przyjazny dla zwykłego szarego człowieka, który chciałby tylko cieszyć się w pełni działającym laptopem. Nie mam wiedzy, żeby rozgryzać tajniki Wine i Bottles i nie dostać przy tym ciężkiej kurwicy.

Więc mam znowu Windowsa i wszystko działa.

Zainstalowałam Gimpa i udało mi się coś w nim podziałać.

Przez tych kilka przygód (pechowych), trochę wybiłam się z rytmu. Teraz za to staram się ogarnąć wielkie sprzątanie domu, ale bywa z tym różnie.

Myślę, żeby zacząć czytać kolejną książkę, ale na razie za dużo się dzieje. Także – wracam do swoich hobby i innych nie związanych z obowiązkami aktywności dopiero za kilka dni.

Nie wiem czy klamka zapadła, ale

Jakiś mądry człowiek powiedział kiedyś, że zmiany to ewolucja, a nie rewolucja – no i tak to jest.

Moje spontaniczne kasowanie różnych rzeczy jest znane w świecie i złośliwie komentowane przez resztki znajomych, które jeszcze gdzieś tam mi się ostały. Odpowiadam, że trudno i muszę z tym żyć, ale coś mi tam ostatnio pykło w głowie, chyba.
Ogólnie siedzę teraz na Fedi i bardzo mi to odpowiada. Kontakt z żywymi ludźmi, którzy mają mózgi, a nie z chamstwem i botami. Można wymieniać z nimi komentarze i nie ma się potem poczucia, że człowiek się wyjebał na ryj i wpadł do rowu z gównem. Na wallu widzę to co chcę, nic nie podnosi mi ciśnienia i nie dostaję żadnej lepy na ryj. A za chamstwo nie ma tam gratyfikacji – jest tylko ban.

Mówiłam, że na FB trzyma mnie grupa książkowa i moje peje. No ale cóż, grupa ostatnio świeci pustkami. Jak ktoś coś wrzuci, to na ogół jakiś slop z szemranych pejów typu ckliwe refleksje o braku patriotyzmu u współczesnej młodzieży – nie to co w 1944, oferty sprzedaży książek albo komentarze jakiegoś boomera, że czyjeś traumy wojenne są za mało spektakularne i źle opisane i on daje tylko dwie gwiazdki na pięć. No, jak widzicie, do wartościowych treści temu daleko. Kiedyś ta grupa miała sens i bywało dużo postów na poziomie, teraz jest miałko.

A peje? Jak się przekonałam, mogę bez nich żyć. I jak pisałam, wolę interakcje z ludźmi, którzy mają świadomość jak działa internet i przy tym nie są sfrustrowanymi dzbanami. Ewentualnie botami… Tak, co trzeci, a na pewno co piąty, użytkownik Facebooka i X to bot. I to taki tzw. zły bot, służący tylko temu, żeby ktoś sobie spieniężał w najlepsze wasze negatywne emocje. Ludziom się wydaje, że walczą z czymś, czego nie lubią, a tu tylko ktoś sobie włączył monetyzację na pełnej kurwie i działa. Ludzka głupota jest jak krowa, co sprytniejszy tutaj doi ją…
Nie chcę być częścią takiego szamba, ale nie wykonuję żadnych radykalnych działań typu usuwanie kont itp. Teraz wiem już, że to się musi odbyć powoli. Tak samo jak wcześniej przestałam korzystać z DeviantArta i publikować tam swoje rysunki.

Mam swoje fora, mam swoją blogosferę (blogi, które czytam i sama prowadzę) i chcę korzystać z internetu z głową.
…i nie tylko z internetu.

Ostatnio wyczaiłam, że mój ulubiony (…?) program graficzny Adobe Photoshop ma opcję zwiększania rozdzielczości obrazu przez AI. Ok, Photoshop ma funkcje AI nie od dziś, ale po prostu nigdy z nich nie korzystałam – teraz spróbowałam, chcąc po prostu powiększyć mema… I moim oczom ukazał się taki koszmarek:

Photoshop nie służy mi stricte do rysowania, bo do tego jest kiepski – używam go po prostu na pewnych etapach obróbki. I głównie z przyzwyczajenia. Prawda jest taka, że Gimp ma te same funkcje i jak przysiądę, to zapewne będę w stanie zaimplementować gradienty i jakieś tam inne rzeczy, których używam. 80 zł zostanie na koncie i nie będę zmuszona do patrzenia na funkcje AI, które w przypadku takiej korporacji jak Adobe nie służą niczemu dobremu… A bez apki PS na telefon tym bardziej się obejdę.

Dzisiaj, żeby przełamać pierwsze lody, zrobiłam w Gimpie dwa drobiazgi. Pierwsze to dopasowanie artu ze Szczurem do banneru na tego bloga, a drugi – zastosowanie rozmycia na części zdjęcia. Robi się to niemal identycznie jak w PS, a jedno i drugie zajęło mi w sumie kilka minut.

Także idę ku temu, czym jako młodzi internauci żyliśmy ~20 lat temu. Fora, blogi, Fedi. Nieważne, że nie zbuduje się na tym społeczności i nie ma miliona lajków – pięć żywych i inteligentnych osób jest cenniejsze od trzystu botów. Dziwi mnie, że tak niewielu ludzi to rozumie, ale w sumie co mnie to. Swoje rysunki też chcę prezentować w bardziej przyjaznych miejscach (DeviantArt, dawno temu moje ulubione miejsce w sieci, to obecnie wyjątkowe szambo, działające na tych samych zasadach co mainstreamowe social media, a do tego wszystko tam jest zasrane AI).

No i cóż – może potem zasiądę do Gimpa i pobawię się tymi gradientami i zobaczę co się je z czym.
To tyle. Do następnego. :)