19 lat temu wymyśliłam historię w uniwersum gry, na punkcie której miałam totalnego hysia – Half-Life 2.
I tu od razu muszę zaznaczyć, że seria HL była, jest i będzie w moim życiu czymś wyjątkowym. To nie była kolejna gierka, którą przeszłam i coś tam z niej pamiętam, ale lecę dalej. To tytuł/tytuły, do których wracam regularnie raz na jakiś czas i ta historia – mam tu na myśli i lore gry i własne wspomnienia – jest we mnie zawsze żywa.
Takich rzeczy było w moim życiu kilka. Terapeutka w dokumentacji do ZUSu użyła słowa “obsesja” – niesłusznie, bo w psychologii obsesja to coś negatywnego, a dla mnie te gierki były dosłownie dobrym powodem, żeby się nie zabić. Ale pewnie chciała, żeby orzecznikowi ładnie to wszystko brzmiało (ale orzecznicy nie czytają dokumentacji pacjentów petentów, tak na boku). Moi rówieśnicy mieli imprezy, studia, śluby i duże zakupy za pierwsze wypłaty – ja miałam tylko te gry. Teraz oni mówią o tych czasach “lepsze jutro było wczoraj” i biorą rozwody, a ja żyję naprawdę i w dodatku szczęśliwie. Ironia, acz warto było poświęcić swoją młodość na to, co mam teraz.
Tak czy srak, pomysł mojej historii narodził się jakoś w 2007 i tak sobie trwał, zmieniając się, ewoluując, odchodząc i wracając. Miałam kilka podejść do przelania tego na papier (czy potem do Photoshopa), ale żadna się nie udała. Ta historia to “Lady i Doug” – tutaj możecie przeczytać, o co w niej chodzi.
No i znalazłam się życiowo, twórczo, skillowo i psychicznie w takim momencie, że powiedziałam sobie: już czas. Tak, właśnie teraz jest dobry moment dla Lady i Douga. Komiks niby w uniwersum gry wideo, ale mocno autobiograficzny. I autoterapeutyczny. Zresztą, tak naprawdę każdy z moich projektów był i jest autoterapią. :)
Oczywiście z rysowaniem dłuższego projektu komiksowego wiążą się pewne wyzwania, mniejsze i większe. Raz próbowałam (chodzi o “BiboSzoka”) i nie wyszło, bo w życiu bywa różnie, a im dłużej autor się z czymś grzebie, tym gorzej dla tego projektu. W sensie, mówię o sobie i swoich doświadczeniach, bo nie jestem nikim znanym i nie ciąży na mnie żadna presja. W moim przypadkiem z czymś dłuższym najlepiej wyrobić się w ~rok. Czy to się uda? Czy podołam tematowi? Czy coś się po drodze nie odwali? Czy nie zabraknie mi weny i samozaparcia? Nie wiem, ale będę próbować!
Nie martwię się ewentualną krytyką ani brakiem zainteresowania – mój partner i ludzie z Discorda będą czytać i to wystarczy. Weszłam na etap robienia tego dla siebie, a nie dla lajków, fejmu i atencji. I cieszę się, że już tak mogę. Fajne jest poczucie, że mogę w tej historii zawrzeć co tylko chcę i nie muszę oglądać się na niczyje oczekiwania czy presję toksycznego fandomu. Dokładnie tak jak w całym moim życiu. Tia, mówiąc, że jestem wolna mam na myśli nie tylko to, że nie muszę pracować.
Najgorsze są jednak dla mnie dwie inne rzeczy. Ta historia siedziała mi w głowie prawie 20 lat, dojrzewała ze mną, zmieniała się, wzbogacała, zmieniała formę. I… i ja ją opowiem, a ona zostanie opowiedziana. Czy wtedy zniknie z mojej głowy, czy o niej zapomnę, czy zamknie się u mnie jakiś rozdział? A może jeszcze coś z tym zrobię? Kto to wie…? W każdym razie, dziwnie mi się o tym myśli.
A druga moja obawa jest bardziej techniczna. Otóż za dwa, trzy lata siłą rzeczy mój skill będzie dużo lepszy i będzie tak, że obudzi się we mnie poczucie “noo, teraz zrobiłabym to lepiej!”. I co wtedy? Redraw? Spokój ducha? Spin-off? To jest bardzo trudny dla mnie temat, i mocno problematyczny. Ale płynie z niego jeden ważny wniosek: rozwijam się jako artystka, i to jest super. I robię to co robię nie patrząc na resztę, i nie przestanę tworzyć tylko dlatego, że ktoś w sieci rysuje lepiej i jest dużo popularniejszy.
Bolało długo, że nie ma lajków i że “nikogo”, ale już nie boli. Moja trauma z dzieciństwa nie definiuje mnie jako człowieka ani jako artystki, i niczym Zeus “robię co chcę, bo tak robi bóg”. :)
Co do samego komiksu – powstaje stuprocentowo w digitalu, w MediBang Paint i Photoshopie. Fabularnie będzie to przedstawienie mojej zaburzonej osobowości w pełnym spektrum. :) Od mocno poważnych tematów jak próba samobójcza, traumy, odrzucenie, dysforia, przemoc, śmierć i choroby psychiczne, poprzez tworzenie pozytywnych relacji i poszukiwanie siebie, aż po gimbusiarskie żarty (mam mentalnie 16 lat i to zobowiązuje :3). To właśnie ja i ze mną jest tak, że albo bierzesz całość, albo spadasz. Tym samym moja widownia nie jest i nie będzie szeroka.
Premierę Lady i Douga przewiduję na 16 listopada (to 22 rocznica premiery Half-Life 2). Przy okazji pojawi się jeszcze jeden projekt: “Eddy the Stalker”. Również związany z HL2, ale w zupełnie innym klimacie. Eddy to postać, którą wymyśliłam również 20 lat temu i początkowo jego perypetie miały być robieniem sobie żartów z typowych sytuacji w pracy – ale na ten moment ewoluowało to w coś nieco innego (i również jest formą autoterapii – tyle, że ze sporą dozą absurdu i autoironii).
Przypominam, że moje komiksy można czytać tutaj i tutaj.

