Archiwum miesiąca: czerwiec 2026

Z czym jem Fedi?

Drugie podejście do wpisu o Fediverse… Tym razem będzie krótszy. :)
Pozwólcie, że nie będę was raczyć moimi refleksjami na temat mainstreamowych social mediów i sposobu ich działania – ktoś zrobił to lepiej i zwięźlej. :)

Wszystkie najważniejsze informacje o Fediverse – w tym definicje co to w ogóle jest, znajdziecie tutaj.
Kiedyś na Mastodonie jeden z moich mutualsów napisał w jakiejś wymianie komentarzy, że nie ma co się bawić w mesjasza – Fedi nie jest dla każdego i nie każdemu podejdzie taki koncept, i miał rację. Każdy używa tego co chce, i tyle – ale nie zaszkodzi napisać paru słów, bo nie każdy wie, że współczesny internet to nie tylko Google, Meta i X.

No właśnie, jestem jednym z tych nielicznych twórców, który przedkłada jakość nad ilość. A ponieważ mój fanbase to jedna osoba (mój partner), nie jestem skazana na tkwienie w jakimś toksycznym miejscu typu X czy Facebook tylko dlatego, że tam mam największy ruch, zasięgi i zamówienia na tzw. komisze. Tutaj jest winna moja choroba psychiczna. Nie umiem w fanbase i w interakcje z tzw. fanami, nie umiem pomysłowo prowadzić peja czy konta, żeby to przyciągało ludzi i było klikalne, nawet bez kontrowersji czy toksyny – chociaż doskonale znam mechanizmy psychologiczne, które przyciągają fanów do kontentu. Ale to jakoś tak, jakbym nie była sobą. A lubię być sobą z całym dobrodziejstwem inwentarza (patrz: moje trzy diagnozy) tworząc i publikując, i pewnie dlatego tak niewiele osób zwraca na to uwagę. :’)
No i jestem dobrym człowiekiem, ale mam słabe nerwy i z tego powodu nie kręci mnie pokazywanie mojej twórczości stadu małp, które jedyne co potrafi, to drapać się po dupach i rzucać swoim guanem w każdym możliwym kierunku. I możliwość zablokowania takich stworów mnie nie przekonuje, bo jak nawinął Zeus –

Musiałem to, że nie jest fair, jakoś ukryć i strawić
Nie bawi mnie szukanie w gównie nawet cudnej kawy

Dobra, więc do rzeczy. :)
Jeśli chodzi o Fedi, używam dwóch usług.
Pierwsza to Mastodon. Mastodon to, w najprostszym tłumaczeniu, “coś jak Twitter”. Czyli po prostu mikroblog z limitem znaków (limit jest zależny od danego serwera), gdzie można wrzucić do czterech plików graficznych. Korzystam z dwóch serwerów, 101010.pl i mastodon.social.

Druga to Pixelfed, czyli zdrowa alternatywa dla Instagrama. Pixelfed to medium, którym Instagram był ~15 lat temu (ale przestał być), zanim wykupiła go Meta. Publikuje się tam zdjęcia – tylko i aż. Żadnych rolek, żadnych trendów, żadnego AI slopu. Korzystam z oficjalnego serwera pixelfed.social, którego admin dokłada wszelkich starań, żeby i serwer i aplikacja na telefon działały sprawnie. Jeśli ktoś szuka jednak tych krótkich formatów wideo, bez problemu znajdzie je w innych serwisach Fedi: Loops czy PeerTube.
Dodam, że komunikacja pomiędzy większością serwerów jest na ogół dobra, ale czasami zawodzi i na przykład nie wyświetlają się zdjęcia czy nie można komuś odpisać. Ale przypomnę, że działaniu Facebooka i Instagrama również daleko do ideału, a na Fedi w razie problemów przynajmniej otrzyma się realną pomoc od żywego człowieka.

Okej, co więc – w mojej mocno subiektywnej opinii – sprawia, że wolę Mastodona i Pixelfed od X, Facebooka i Instagrama?

Po pierwsze, interakcje z żywymi ludźmi. I to takimi, którzy posiadają mózgi. Jasne, i tam może się trafić jakiś cham i dziwadło, ale są to naprawdę sporadyczne przypadki (w przeciwieństwie do maintereamowych social mediów, które przecież karmią się ludzką nienawiścią i zrobią wszystko, żeby wydobyć ją z ludzi). Bo ja jestem z tych, którzy wolą dostać fajne trzy komentarze od trzech fajnych osób, niż milion serduszek od botów i sto komentarzy od jakichś przypadkowych zjebów, którym strasznie nie podoba się, że gram na innej konsoli, niż oni (na przykład).

Po drugie, na wallu widzę tylko to, co chcę, a jeśli posty jakichś osób na Mastodonie (np. podane dalej przez kogoś, kogo obserwuję) mi nie odpowiadają, to bez zbędnych nerwów i emocji na spokojnie mogę te konta wyciszyć. Nikt nie leci z mordą na innych i nie wyzywa. A nawet jakby chciał, to na Fedi zarobi bana, zamiast gratyfikacji. Bo tam admini serwerów na ogół dbają o porządek i poziom. Z tego samego powodu na serwerach nie ma botów, ani wszelkiego syfu wygenerowanego przez sztuczną inteligencję.
Także – na Fedi nie zobaczy się nic, co w ciągu trzech sekund podniesie człowiekowi ciśnienie i popsuje humor na resztę dnia. Tak, to nie jest przypadek, że wall na Facebooku realnie wpływa na nasz nastrój i komfort psychiczny. Co do feedu na Instagramie, ja osobiście wiem jak sprawić, żeby był przyjazny, ale większość ludzi tego nie doświadcza – statystyki (np. z Wikipedii) są w tej kwestii bezlitosne.

Po trzecie, przez brak algorytmów i jakiegokolwiek wsparcia dla AI, Fedi nie jest nijak atrakcyjne dla żadnych szeroko pojętych inwestorów, biznesów czy ogólnie osób, które interesuje tylko monetyzacja. To jest właśnie taki stary, dobry internet sprzed 20 lat, który tworzyli ludzie z pasją dla innych ludzi z pasją, a nie boty i influencerzy dla zasięgów, klientów i pieniędzy. Co ważne, Fedi nie kradnie twoich na przykład tekstów, fotografii czy rysunków i nie użyje ich do nakarmienia AI.

Po czwarte, większość osób na Fedi to ludzie świadomi cyfrowego świata, w tym także stosowanych w nim technik manipulacji. Nie będą gratulować wygenerowanej przez AI babci 101 urodzin ani podawać jej swojego numeru telefonu, nie będą promować filmików, w których ktoś “w cudowny sposób” “ratuje” kotka, który “sam wpadł” do studni, nie będą powielać fałszywych wiadomości służących tylko polaryzacji społeczeństwa. Są na Fedi również osoby dość “radykalne” w swojej lewicowości czy niezależności od bigtechów, ale nikt nikogo nie zwyzywa za to, że używa nie wiem, Photoshopa zamiast Gimpa – a wręcz przeciwnie, ludzie są pomocni i chętnie doradzą w sprawie np. otwartego oprogramowania. Bez wyzwisk, głupawych tekstów czy wyśmiewania. I dodam, chociaż może to dowód anegdotyczny, że nie spotkałam tam żadnej pani Gertrudy z różami i Jezusem na profilowym, która wprawdzie nie potrafi pisać na klawiaturze, ale to nie przeszkadza jej rzucać w każdego zgniłym mięsem. :)
Fedi jest również w większości bezpieczną przestrzenią dla osób queerowych. No i wymiana zdań na Fedi, w przeciwieństwie do Facebooka, nie daje mi uczucia wpadnięcia w sam środek zasranego rowu.

Także, reasumując: jeśli szukasz miejsca “jak dawniej” i zależy ci na interakcjach z fajnymi ludźmi, a nie tylko na sztucznym ruchu i złudnym poczuciu bycia fajnym – które może prysnąć niczym bańka mydlana (np. wtedy, kiedy Meta zablokuje permanentnie twoje konto za rzekome złamanie bliżej nieokreślonych “standardów społeczności”), Fedi jest zdecydowanie dla ciebie. :)

Z historii, czyli moje tablety graficzne

Sztuką cyfrową zajmuję się plus minus od 2005 roku. Tak “na serio”, bo pewne próby i podejścia miałam już wcześniej, jako uczniak z liceum.
Kiedy w 2006 r. dowiedziałam się, że istnieją urządzenia peryferyjne, dzięki którym można rysować na komputerze “jak na kartce”, byłam tym oczarowana i oczywiście też chciałam mieć swój tablet graficzny. Moim ówczesnym problemem była niestety bieda ekonomiczna, przez którą takie urządzenie było poza moim zasięgiem. Wtedy na rynku były tylko tablety firmy Wacom. W sensie, nie tylko – były też tablety firmy Pentagram oraz innych, podobnych jakościowo “marek”, które psuły się natychmiast po wyciągnięciu z pudełka. :) Serio, serio, zapytajcie artystów, którzy w tamtym czasie tworzyli cyfrowo. :)

Ale mam to do siebie, że jak się uprę, to osiągnę cel i w końcu mi się udało.
Moim pierwszym tabletem graficznym był Wacom Graphire 4 (używany w latach 2007-2014).

Tablet kupiłam w 2007 r., ale… przeleżał na półce jakieś cztery lata. Tak, początkowo rysowanie na tablecie przerosło mnie i to nawet bardzo… Wydawało mi się to bardzo trudne i kompletnie nie do opanowania. Nie umiałam sobie z tą sprawą poradzić. Rysowałam więc tradycyjnie – szkic ołówkiem + lineart cienkopisem – skanowałam to i jakoś tam nędznie obrabiałam na komputerze. Strasznie się tego wstydziłam i nikomu nic nie mówiłam, bojąc się wyśmiewania. To był początek mojego leczenia, więc bywało różnie. Dopiero na początku 2011 r. zacisnęłam zęby, ogarnęłam temat “jak należy” i odtąd lineart robiłam już na tablecie, na zeskanowanym szkicu, wykonanym ołówkiem. Jako ciekawostkę dodam, że szkice cyfrowe zaczęłam robić dopiero w 2021 r. i teraz nie wyobrażam sobie, że można było inaczej. :) Ach te “bezpieczne” schematy w głowie.

Wacom Intuos Pro M (2014 – 2019)

Intuos Pro był w tamtym czasie tabletem z naprawdę wysokiej półki – lepsze były tylko ekranowe Cintiq, kosztujące kilkanaście tysięcy złotych. Ten tablet przyleciał do mnie z… Australii. W 2014 roku moja mama poleciała tam odwiedzić rodzinę, a ja odkryłam, że za oceanem Intuosy są dużo tańsze, niż w Polsce i poprosiłam o przysługę. Była oczywiście inba, bo tablet nie zmieścił się do zwykłej walizki i musieli kupować jakąś nową specjalnie na bagaż podręczny, a ciocia była podobno na mnie wkurzona pytając się mojej mamy, dlaczego nie mogę po prostu rysować na kartce. :D Nie speszyłam się tym specjalnie, a tablet przyleciał cały i zdrowy. Rysowanie na nim było niesamowitym doznaniem. Bardzo na niego czekałam, wręcz odliczałam dni – a to były czasy, w których nie spotykało mnie zbyt wiele dobrych rzeczy.
Kiedy Intuos zaczął niedomagać ze starości, sprzedałam go tanio znajomemu, który chciał uczyć się rysowania w digitalu – Intuos służył mu jeszcze jakiś czas, a ja kupiłam…

Huion Inspiroy H1060P (2019 – 2020)

Tak, Huion to bardzo zabawna nazwa hahaha hihihi hehehe rotfl lol, pośmialiśmy się wszyscy, więc do rzeczy. :)
Huiony okazały się być fajną alternatywą i dobrą konkurencją dla drogich Wacomów. Firmie Wacom w tamtym czasie trochę się odkleiło w kwestii cen – Huion w ciągu kilku lat postawił ich do pionu, oferując dobre i DUŻO tańsze tablety płytkowe.

W 2020 r. zachciało mi się burżujstwa (pracowałam w szicie o nazwie ZAZ i miałam mały, acz stały dochód) i sprawiłam sobie pierwszy w życiu tablet ekranowy.

Huion Kamvas 20 (2020 – 2023)

Tablet kosztował sporo – całe 2000 zł, nie obyło się więc bez zjebanych komentarzy typu “nie było tańszego?” albo “nie zarabiasz na tym, więc bez sensu”. No cóż. Po trzech latach okazało się, że ten tablet absolutnie nie był wart swojej ceny, bo zaczął mieć problemy z naciskiem w jednej części ekranu. Dodatkowo był wielki, ciężki i nieporęczny. Sprzedałam go za pół darmo znajomemu, który chyba jeszcze do dziś ma z niego pożytek. :)

Ponieważ nie byłam już w stanie rysować na tablecie płytkowym – serio, to jest wielki przeskok i wielka różnica!, następcą został inny tablet ekranowy:

Wacom One Display 13 (DTC133) (2023 – 2026)

Mały, zgrabny i fikuśny… niestety odrobinę za mały. Jego największą wadą był dziwaczny kabel, który uwielbia się psuć (jeden mi się popsuł, ale drugi rozjechałam krzesłem xD), a nowy to niestety koszt ~200 zł. Nie ma żadnego taniego chińskiego odpowiednika, ani nic innego. Do tego folia na ekranie jest obowiązkowa, o ile nie chce się go błyskawicznie zarysować i tym samym zniszczyć.

Jakiś czas temu Wacom One 13 zaczął trochę niedomagać. W sensie, działa, ale od czasu do czasu – częściej niż rzadziej – rozłącza się i trzeba uruchamiać go ponownie. Nie miałam pewności, ale obstawiam, że to wina tego nieszczęsnego kabla, który nawet jako nówka wygląda jak coś, co tylko prosi się o to, by ulec awarii przy pierwszej lepszej okazji…

No i to jest następca.

Wacom One 14 Pen Display (2026 – obecnie)

Tablet na pierwszym zdjęciu wydaje się duży, ale w rzeczywistości taki nie jest. Jest mniejszy od One 13 – ale ma większy obszar roboczy i ogólnie jest smuklejszy. Wielką zaletą jest to, że podłącza się go po prostu jednym kablem USB C, a nie jakimś skomplikowanym dziwactwem. Wadą (dla mnie) jest z kolei to, że nie ma “nóżek” i muszę kombinować jakąś podstawkę. Ale od czego jest drukarka 3D. :)

Usilnie próbuję zrobić naszywkę xD

Wczoraj w końcu postanowiłam przysiąść i zaprojektować jakąś własną naszywkę (tak, taką na hafciarkę). Pomysł był ambitny i w celu wykonania naszywki narysowałam tegoż grubego szczura.

Niestety szybko zrozumiałam, czym różni się Artistic Digitizer od Artistic Digitizer Jr. … A mam oczywiście ten drugi. Otóż Jr. to okrojona wersja, która pozwala tylko na podstawową edycję plików. Zakup pełnej wersji nie wchodzi w grę, bo ten program kosztuje kilka tysięcy złotych. No i cóż – został mi Inkscape z addonem Ink/Stitch.
Pierwszym krokiem miała być konwersja pliku png (czyli mojego szczura) na plik obsługiwany przez hafciarkę… I tu zaczęły się schody. Musiałam zrobić coś, czego nie lubię, czyli poprosić o pomoc ChataGPT. Bo tak się składa, że mam naprawdę nikłe pojęcie o czymkolwiek związanym z grafiką wektorową. Coś mi tam podpowiedział, po czym efekt końcowy zaczął wyglądać tak:

Miałam uruchomić tzw. symulację, na którą pozwala addon Ink/Stitch i… Inkscape zawiesił się na śmierć.
AI podsumowało, że niestety, ale mój projekt jest zbyt zaawansowany i ma zbyt wiele szczegółów, co powoduje utworzenie miliarda ścieżek i zawiechę programu. Nie będzie z niego naszywki i bez sensu dalej brnąć w ten projekt. No cóż.
Oczywiście w sieci (w sensie, że online) jest mnóstwo darmowych konwerterów grafik na pliki hafciarek różnych firm i rodzajów, tyle że mam do takich rzeczy zerowe zaufanie – bo nawet jeśli działają, to przecież masowo kradną to, co się im wrzuca w ryje. Nie lubię takich praktyk, sądzę że większość artystów bez względu na popularność nie lubi. :P

Jak będę mieć wenę, biorę się za drugi projekt, który będzie już dużo bardziej uproszczony. Koncept projektowania czegokolwiek związanego z haftem komputerowym jest dla mnie wciąż bardzo niejasny.

c. d. n.!