Archiwa tagu: sztuka

Fotogramy

Dzisiaj zabiorę was w krótką podróż sentymentalną.

Fotogram – definicja

Kontekst jest taki, że w latach 2007 – 2009 jako 21-latka uczęszczałam do szkoły policealnej na kierunek technik organizacji reklamy. Nie będę wam tu opisywać całego lore ani żadnych wybitnie ciekawych historii; do szkoły zapisałam się po to, żeby spróbować zacząć w miarę normalnie funkcjonować po półrocznej terapii na dziennym oddziale psychiatrycznym. A wybrałam taki a nie inny kierunek, bo miałam wtedy zajawkę na grafikę komputerową i coś mi się tam tłukło po głowie, że mogłabym z tym związać życie zawodowe.

W tamtej szkole tak jak w każdej innej, trzymałam się na uboczu i nie nawiązałam żadnych znajomości. Byłam mocno lękowa, psychotyczna i brałam wysokie dawki Olzapinu (tbh dla mnie każda dawka Olzapinu jest zbyt wysoka xD), co skutkowało tym, że często spałam na lekcjach i oczywiście hehe patrzcie, ta znowu śpi, beka z typiary lol. Większość ludzi to byli zresztą niespełnieni artyści, którzy nie dostali się na ASP i kiblowali, ale w moim skillu rysunkowym niestety byłam hen daleko za nimi, co dodatkowo potęgowało moją niechęć i alienację.
Przedmioty nie były jakieś specjalnie interesujące, ale na szczęście wymagania nie były zbyt wysokie. Na grafice komputerowej nauczyciel opowiadał jakieś swoje filozofie i historie z życia, więc na szkolnych komputerach głównie oglądałam filmiki z moich ulubionych wtedy gier na YT, bo nudziłam się jak mops. Często olewałam zajęcia, bo wolałam zostać w domu i spać, a potem grać w gry i robić komiksy w Garry’s Modzie, a następnie pisałam sobie usprawiedliwienia i zaliczałam sprawdziany w drugim lub trzecim terminie. xD Tak zresztą robiła cała moja grupa. Pewnie łatwiej byłoby mi to przetrwać, gdyby wtedy istniały już smartfony. Ale nie istniały.

Wśród przedmiotów była też fotografia – analogowa. Byłam wtedy na ten przedmiot ewidentnie za głupia, a nauczycielka była dość irytująca, ale co zrobić? Kobieta rozdała Zenity tym co nie mieli własnych aparatów (ja miałam Zorkę po dziadku) i mieliśmy polatać po osiedlu, na którym znajdował się budynek szkoły i pocykać jakieś fotki. Ja stwierdziłam, że nie chce mi się latać po zimnie z ludźmi, którzy z całą pewnością na pewno mnie szczerze nienawidzą, więc pocykam w mieście rodzinnym z koleżanką. …z czego guzik wyszedł, bo ona pracowała do późna, a to już była zima, więc szybko robiło się ciemno. A sama oczywiście bałam się chodzić po mieście z aparatem. :’) W dodatku nie miałam zielonego pojęcia o fotografii, a o analogowej to już w ogóle, więc nie umiałam nawet prawidłowo ustawić aparatu.
W końcu nadejszła wiekopomna chwila, w której mieliśmy finalne zajęcia w szkolnej ciemni i wywoływaliśmy samodzielnie te nasze fotografie. Ciemnia była wyposażona w powiększalniki Krokus, takie z PRLu, kuwety, koreksy, chemikalia i inne potrzebne rzeczy.

(moja Zorka po dziadku)

Nie muszę mówić, że z wywoływania zdjęć wyszło mi jedno wielkie guano. Po pierwsze, moje zdjęcia technicznie były tragedią, bo nie miałam bladego pojęcia co robię i jakie opcje w aparacie ustawiam. XD Po drugie, jak nauczycielka mówiła o doborze chemii, to oczywiście spałam, i jak przyszło co do czego, to w ogóle nie wiedziałam co jest grane i co mam tam dolać – i to było mocno problematyczne, bo jak napisałam, z powodu psychotycznych jazd i lęków bardzo ciężko było mi rozmawiać z ludźmi z grupy. No niestety, takie były wtedy moje realia.
Także wyszło mi jakieś gównidło, które potem trafiło do kosza – ale przedmiot w bólach zaliczyłam, więc mogłam zapomnieć o sprawie.

Ale ale, to wcale nie koniec historii. Nauczycielka pokazując nam możliwości Krokusów, opowiedziała o czymś, co nazywa się fotogram i zademonstrowała jak to się robi. Spodobało mi się i zrobiłam aż trzy.

Pierwsze to mój kolczyk, drugie – randomowe spinacze (jak widać), a trzecie to moje ówczesne słuchawki. Bodajże JVC Gumy w kolorze niebieskim – to o tyle ważne, że bez mojego ukochanego odtwarzacza mp3 Creative MuVo Mix nie ruszałam się z domu nawet na krok. Swoją drogą, do dziś mi się śni, że muszę naładować do niego akumulatorki, żeby czasem mi nie zdechł w podróży – niezbadane są ścieżki umysłu schizofrenika…

To co tu widzicie, to oczywiście skany – oryginały na papierze fotograficznym przepadły gdzieś w mrokach historii. No i taka to była historia, dzięki za uwagę i do następnego. :3

Szczurzy update

Przez jakiś czas siedziałam cicho, bo lato wybitnie nie sprzyja moim aktywnościom. Cierpię okrutnie w upały i nie mam siły kompletnie na nic… Do tego doszły mi pewne nowe problemy zdrowotne, ale leczenie już wdrożone i czuję się dużo lepiej. A na horyzoncie pomału widać już jesień, więc tego się trzymajmy.

Tak więc – co tam i jak tam?
Postanowiłam wrócić do mojego (bardzo) starego projektu, tak, chodzi o fankomiks z Half-Life 2. Pozdrawiam kumatych, którzy wiedzą. :) Na razie nie robię wokół tego za dużo szumu, bo wiadomo jak to jest. Prace posuwają się w swoim (moim xd) tempie, czyli względnie powoli. Ale nie pali się, co nie?

Jeszcze w temacie rysowania: wróciłam do Photoshopa… Po prostu sklejając stronę komiksu (a pracuję na naprawdę dużych plikach, tak po prostu mam) potrzebuję programu, który jest stabilny i nie wysra się na pliku, który ma ponad 100 MB. Tak, moje pliki robocze ze stronami komiksu mają po kilkaset MB, tak pracuję już od lat i wiąże się to z pewnym moim artystycznym “sekretem”. xd
Zarówno Gimp, jak i stara wersja Affinity Photo, nie dawały mi niestety tego komfortu… A poza tym no cóż, w moim wieku i z moją chorobą ciężko ot tak przestawić się na “obce” (mimo wielu podobieństw) narzędzie, skoro przez 20 lat używało się jednego i tego samego. Chociaż trochę boli, że Photoshop nie ma żadnej sensownej konkurencji – nawet płatnej. Affinity miało aspiracje być czymś takim, ale zrobili z tego jakieś okrojone byle co (ale chociaż darmowe – na bezrybiu…).

W ogóle okazało się, że Photoshop ma nową funkcję, bardzo przydatną dla chaotycznych ludzi takich jak ja. :)

Zakupiłam sobie również jakiś czas temu program do obróbki zdjęć – Luminar Neo, bo potrzebowałam “idiot friendly” programu do składania panoram z drona. Darmowy Hugin niestety pokonał mnie wysokim progiem wejścia… Wybrałam Luminar Neo, bo to jeden z nielicznych programów na rynku bez subskrypcji – płacisz raz i masz, nara. No i Luminar okazał się bardzo dobrym i sprawnym narzędziem do składania panoram. :)

A co do twórczości dronowej – konkretnie filmików – postanowiłam spróbować swoich sił na PeerTube. Chociaż “spróbować sił” to za dużo powiedziane – bardziej wrzucam tam te filmy w celu późniejszej możliwości wklejania linków na blogi czy fora. Co to jest PeerTube? TL;DR Fedisowy odpowiednik YouTube. Nie ma tam wielomilionowej publiczności i nie uzbierasz miliarda subów – ale za to nie ma tam też slopu, botów, scamu i wszelkiej toksyny. Coś za coś. To mój kanał, na razie nie ma na nim zbyt dużo, ale można zerknąć. :)

Poza tym nic nowego się nie wydarzyło, książki nie czytam, a niedawno przypomniałam sobie o Martyrze. Tej gry jest zwyczajnie za dużo w stosunku do zdolności, broni i innowacji, ale jak już zaszłam tak daleko, to chcę ją ukończyć. Także po to, żeby zobaczyć jak skończy się ta historia.
Kupiliśmy też limitkę PlayStation 4 i marzy mi się kolekcja pudełek z grami, szczególnie w obliczu tego, co niedawno zapowiedziało Sony. Sporadycznie zbieram też gry na PlayStation 2 (tworzenie retro kącika wciąż przed nami).

No i to tyle z ostatnich nowości i wydarzeń. Mam jeszcze kilka pomysłów, ale nie wiem co z tego wyjdzie, bo weekend zapowiada się upalny. :’)

Z historii, czyli moje tablety graficzne

Sztuką cyfrową zajmuję się plus minus od 2005 roku. Tak “na serio”, bo pewne próby i podejścia miałam już wcześniej, jako uczniak z liceum.
Kiedy w 2006 r. dowiedziałam się, że istnieją urządzenia peryferyjne, dzięki którym można rysować na komputerze “jak na kartce”, byłam tym oczarowana i oczywiście też chciałam mieć swój tablet graficzny. Moim ówczesnym problemem była niestety bieda ekonomiczna, przez którą takie urządzenie było poza moim zasięgiem. Wtedy na rynku były tylko tablety firmy Wacom. W sensie, nie tylko – były też tablety firmy Pentagram oraz innych, podobnych jakościowo “marek”, które psuły się natychmiast po wyciągnięciu z pudełka. :) Serio, serio, zapytajcie artystów, którzy w tamtym czasie tworzyli cyfrowo. :)

Ale mam to do siebie, że jak się uprę, to osiągnę cel i w końcu mi się udało.
Moim pierwszym tabletem graficznym był Wacom Graphire 4 (używany w latach 2007-2014).

Tablet kupiłam w 2007 r., ale… przeleżał na półce jakieś cztery lata. Tak, początkowo rysowanie na tablecie przerosło mnie i to nawet bardzo… Wydawało mi się to bardzo trudne i kompletnie nie do opanowania. Nie umiałam sobie z tą sprawą poradzić. Rysowałam więc tradycyjnie – szkic ołówkiem + lineart cienkopisem – skanowałam to i jakoś tam nędznie obrabiałam na komputerze. Strasznie się tego wstydziłam i nikomu nic nie mówiłam, bojąc się wyśmiewania. To był początek mojego leczenia, więc bywało różnie. Dopiero na początku 2011 r. zacisnęłam zęby, ogarnęłam temat “jak należy” i odtąd lineart robiłam już na tablecie, na zeskanowanym szkicu, wykonanym ołówkiem. Jako ciekawostkę dodam, że szkice cyfrowe zaczęłam robić dopiero w 2021 r. i teraz nie wyobrażam sobie, że można było inaczej. :) Ach te “bezpieczne” schematy w głowie.

Wacom Intuos Pro M (2014 – 2019)

Intuos Pro był w tamtym czasie tabletem z naprawdę wysokiej półki – lepsze były tylko ekranowe Cintiq, kosztujące kilkanaście tysięcy złotych. Ten tablet przyleciał do mnie z… Australii. W 2014 roku moja mama poleciała tam odwiedzić rodzinę, a ja odkryłam, że za oceanem Intuosy są dużo tańsze, niż w Polsce i poprosiłam o przysługę. Była oczywiście inba, bo tablet nie zmieścił się do zwykłej walizki i musieli kupować jakąś nową specjalnie na bagaż podręczny, a ciocia była podobno na mnie wkurzona pytając się mojej mamy, dlaczego nie mogę po prostu rysować na kartce. :D Nie speszyłam się tym specjalnie, a tablet przyleciał cały i zdrowy. Rysowanie na nim było niesamowitym doznaniem. Bardzo na niego czekałam, wręcz odliczałam dni – a to były czasy, w których nie spotykało mnie zbyt wiele dobrych rzeczy.
Kiedy Intuos zaczął niedomagać ze starości, sprzedałam go tanio znajomemu, który chciał uczyć się rysowania w digitalu – Intuos służył mu jeszcze jakiś czas, a ja kupiłam…

Huion Inspiroy H1060P (2019 – 2020)

Tak, Huion to bardzo zabawna nazwa hahaha hihihi hehehe rotfl lol, pośmialiśmy się wszyscy, więc do rzeczy. :)
Huiony okazały się być fajną alternatywą i dobrą konkurencją dla drogich Wacomów. Firmie Wacom w tamtym czasie trochę się odkleiło w kwestii cen – Huion w ciągu kilku lat postawił ich do pionu, oferując dobre i DUŻO tańsze tablety płytkowe.

W 2020 r. zachciało mi się burżujstwa (pracowałam w szicie o nazwie ZAZ i miałam mały, acz stały dochód) i sprawiłam sobie pierwszy w życiu tablet ekranowy.

Huion Kamvas 20 (2020 – 2023)

Tablet kosztował sporo – całe 2000 zł, nie obyło się więc bez zjebanych komentarzy typu “nie było tańszego?” albo “nie zarabiasz na tym, więc bez sensu”. No cóż. Po trzech latach okazało się, że ten tablet absolutnie nie był wart swojej ceny, bo zaczął mieć problemy z naciskiem w jednej części ekranu. Dodatkowo był wielki, ciężki i nieporęczny. Sprzedałam go za pół darmo znajomemu, który chyba jeszcze do dziś ma z niego pożytek. :)

Ponieważ nie byłam już w stanie rysować na tablecie płytkowym – serio, to jest wielki przeskok i wielka różnica!, następcą został inny tablet ekranowy:

Wacom One Display 13 (DTC133) (2023 – 2026)

Mały, zgrabny i fikuśny… niestety odrobinę za mały. Jego największą wadą był dziwaczny kabel, który uwielbia się psuć (jeden mi się popsuł, ale drugi rozjechałam krzesłem xD), a nowy to niestety koszt ~200 zł. Nie ma żadnego taniego chińskiego odpowiednika, ani nic innego. Do tego folia na ekranie jest obowiązkowa, o ile nie chce się go błyskawicznie zarysować i tym samym zniszczyć.

Jakiś czas temu Wacom One 13 zaczął trochę niedomagać. W sensie, działa, ale od czasu do czasu – częściej niż rzadziej – rozłącza się i trzeba uruchamiać go ponownie. Nie miałam pewności, ale obstawiam, że to wina tego nieszczęsnego kabla, który nawet jako nówka wygląda jak coś, co tylko prosi się o to, by ulec awarii przy pierwszej lepszej okazji…

No i to jest następca.

Wacom One 14 Pen Display (2026 – obecnie)

Tablet na pierwszym zdjęciu wydaje się duży, ale w rzeczywistości taki nie jest. Jest mniejszy od One 13 – ale ma większy obszar roboczy i ogólnie jest smuklejszy. Wielką zaletą jest to, że podłącza się go po prostu jednym kablem USB C, a nie jakimś skomplikowanym dziwactwem. Wadą (dla mnie) jest z kolei to, że nie ma “nóżek” i muszę kombinować jakąś podstawkę. Ale od czego jest drukarka 3D. :)

Usilnie próbuję zrobić naszywkę xD

Wczoraj w końcu postanowiłam przysiąść i zaprojektować jakąś własną naszywkę (tak, taką na hafciarkę). Pomysł był ambitny i w celu wykonania naszywki narysowałam tegoż grubego szczura.

Niestety szybko zrozumiałam, czym różni się Artistic Digitizer od Artistic Digitizer Jr. … A mam oczywiście ten drugi. Otóż Jr. to okrojona wersja, która pozwala tylko na podstawową edycję plików. Zakup pełnej wersji nie wchodzi w grę, bo ten program kosztuje kilka tysięcy złotych. No i cóż – został mi Inkscape z addonem Ink/Stitch.
Pierwszym krokiem miała być konwersja pliku png (czyli mojego szczura) na plik obsługiwany przez hafciarkę… I tu zaczęły się schody. Musiałam zrobić coś, czego nie lubię, czyli poprosić o pomoc ChataGPT. Bo tak się składa, że mam naprawdę nikłe pojęcie o czymkolwiek związanym z grafiką wektorową. Coś mi tam podpowiedział, po czym efekt końcowy zaczął wyglądać tak:

Miałam uruchomić tzw. symulację, na którą pozwala addon Ink/Stitch i… Inkscape zawiesił się na śmierć.
AI podsumowało, że niestety, ale mój projekt jest zbyt zaawansowany i ma zbyt wiele szczegółów, co powoduje utworzenie miliarda ścieżek i zawiechę programu. Nie będzie z niego naszywki i bez sensu dalej brnąć w ten projekt. No cóż.
Oczywiście w sieci (w sensie, że online) jest mnóstwo darmowych konwerterów grafik na pliki hafciarek różnych firm i rodzajów, tyle że mam do takich rzeczy zerowe zaufanie – bo nawet jeśli działają, to przecież masowo kradną to, co się im wrzuca w ryje. Nie lubię takich praktyk, sądzę że większość artystów bez względu na popularność nie lubi. :P

Jak będę mieć wenę, biorę się za drugi projekt, który będzie już dużo bardziej uproszczony. Koncept projektowania czegokolwiek związanego z haftem komputerowym jest dla mnie wciąż bardzo niejasny.

c. d. n.!

Krótka (bardzo krótka) przygoda z Ubuntu

Miałam ostatnio kilka pechowych przygód, z których jedna zakończyła się… zainstalowaniem na moim MSI Katana Ubuntu. No cóż, chęci miałam dobre, no ale wiadomo jak to jest w tym przysłowiu o dobrych chęciach. Żeby nakreślić wam w czym tkwi problem, objaśnię, że programy, których używam do rysowania (Clip Studio Pain i MediBang) są dla mnie święte, tak samo jak święte jest dla mnie rysowanie. Bez rysowania nie żyję, nie oddycham i nie funkcjonuję, koniec kropka. Zmiana programów też nie wchodzi w grę (chyba, że Photoshopa na Gimpa).

I pomimo najszczerszych chęci, tutoriali i wskazówek, nie udało mi się zmusić Clipa do działania ani za pomocą Bottles, ani za pomocą Wine. Po całym długim dzionku pieprzenia się z tym, skapitulowałam i zainstalowałam ponownie Windowsa…
Nie zrozumcie mnie źle – zrobiłam to z pewnym żalem. Ubuntu fajny system, ok, ale to wciąż – mimo zmian jakie dokonały się w nim na przestrzeni ostatnich 8 lat – nie jest system przyjazny dla zwykłego szarego człowieka, który chciałby tylko cieszyć się w pełni działającym laptopem. Nie mam wiedzy, żeby rozgryzać tajniki Wine i Bottles i nie dostać przy tym ciężkiej kurwicy.

Więc mam znowu Windowsa i wszystko działa.

Zainstalowałam Gimpa i udało mi się coś w nim podziałać.

Przez tych kilka przygód (pechowych), trochę wybiłam się z rytmu. Teraz za to staram się ogarnąć wielkie sprzątanie domu, ale bywa z tym różnie.

Myślę, żeby zacząć czytać kolejną książkę, ale na razie za dużo się dzieje. Także – wracam do swoich hobby i innych nie związanych z obowiązkami aktywności dopiero za kilka dni.