Podsumowanie tygodnia 01

…a sobie będę pisać. Zobaczymy czy się przyjmie. Dla mnie przy okazji pisanie terapeutyczne, bo wymaga powrotu do pewnych faktów i posegregowania ich w głowie przed przelaniem do blogowego edytora.

Poniedziałek:
Po weekendzie nie wróciłam do grania w “Preya”, którego napoczęłam w zeszły piątek. Dość męcząca dla mnie gra i niestety dostałam gaming sickness. :’) Może potem przejdzie, a może nie. Na domiar złego i Misia, i mnie złapało choróbsko. Misiowi poszło w kaszel, a ja dostałam parszywej jelitówki, więc już w ogóle mi się odechciało wszystkiego.

Wtorek:
Nasze samopoczucie zaskakująco się polepszyło, więc wsiedliśmy na rowery i pierdyknęliśmy 20 km po okolicy. Jak na dwa grubasy z dwucyfrową nadwagą to chyba całkiem fajny wynik. :)

Środa:
Odpoczywaliśmy, a do tego standardowe obowiązki domowe, czyli nic ciekawego.

Czwartek:
Czwartek minął pod znakiem innej wycieczki. Najpierw pojechaliśmy do cioteczki, która jak co roku do początku jesieni przebywa głównie na swojej działce za miastem. Cioteczka dała nam swoje domowe kiszonki, które okazały się wyśmienite. Jesteśmy też bogatsi o sprawny telewizor CRT, ale jeszcze nie wiemy czy go zatrzymamy – do PlayStation 2 mamy już inny odpowiedni i lepszy telewizor. No i ponieważ okolica działki jest malownicza, mój polatał trochę dronem i zrobił kilka ładnych ujęć.
Po wizycie u cioteczki pojechaliśmy odwiedzić teściów, a konkretnie teściową, bo teść siedział do późna w pracy. Zjedliśmy smaczną obiadokolację i dostaliśmy wałówkę, a psica była oczywiście w siódmym niebie, bo latała po działce, a potem “babcia” ukochała.

Piątek:
Miś miał swoje święto, więc było trochę dobrości. Ale niestety 3/4 dnia zeszło nam na zakupach… Szukaliśmy różnych tzw. przydasiów do domu i ogrodu. Kupiliśmy w końcu odpowiednie grabie do ogrodu, Miś kupił aktualnie potrzebne do roboty przy domu rzeczy, a moja kolekcja wzbogaciła się o kolejny kaktusik. :) Niestety wciornastki zaczęły się panoszyć i musiałam zamówić na Allegro specjalny preparat na to paskudne guano. Zdrowie ok, chociaż rano męczy mnie kaszel (dzięki temu wcześniej wstaję xd). Zabrałam się też za cieniowanie pierwszej strony mojego fankomiksu z Half-Life 2.

Sobota:
Odebrałam środek na wciornastki i opryskałam wszystkie kwiatki w pokoju na dole. Mam nadzieję, że ich nie spali. xD Mieliśmy jeszcze kotlety i mizerię od teściowej, więc zrobiłam do nich puree. Przyznam nieskromnie, że wyszło mi zajebiście i mogę powiedzieć, że dorównałam mojej śp. babci w tej kwestii. :) A tak to dzień minął mi na standardowych obowiązkach w domu i cieniowaniu kolejnych kadrów mojego komiksu.

Niedziela:
Planowaliśmy spacer, ale pogoda od rana była fatalna. Miś walczył z odkurzaczami, które jakiś czas temu dostaliśmy od teścia. Odkurzacze były strasznie zasyfione i naprawdę dużo fatygi kosztowało Misia ich wyczyszczenie – jeden ma trafić do mojej mamy, i straszny wstyd wysłać jej takiego brudasa. Ja równolegle sprzątałam nasz pokój dzienny i udało mi się – w końcu poodkurzałam i umyłam podłogę! Fajnie mieć znowu energię i nie czuć się notorycznie jak gówno (powrót energii zawdzięczam lekom na tarczycę i żelazu).

Spokój artysty

Rysuję odkąd pamiętam. To pozwoliło mi przeżyć – dosłownie. Również jako osoba dorosła nie zaniedbałam tego hobby, stało się moją terapią i możliwością wyrażania siebie. Wiele moich projektów, ze szczególnym uwzględnieniem “Wariata i Wilka” miało dla mnie ogromną wartość terapeutyczną.
Od 2005 roku regularnie publikuję swoje prace w internecie. Początkowo to był flow – brałam ołówek albo podłączałam tablet i rysowałam co tylko mi się wymyśliło, nie patrzyłam na poprawność, anatomię, perspektywę, detal. Liczyła się tylko i wyłącznie moja frajda. Ale gdzieś tam kiełkowała myśl, że chciałoby się czegoś więcej i co powinnam zrobić, żeby być bardziej znaną i rozpoznawaną artystką…

Miłość do rysowania i wymyślania historii zaszczepiła we mnie babcia ze strony ojca. Bardzo mnie kochała, ale zmarła gdy miałam 8 lat i nie miałam możliwości poznać jej jako osoba dorosła. Paradoksalnie moja babcia nieświadomie dała mi klucz do przetrwania… Rysowanie faktycznie pomogło mi przeżyć – kiedy inni chlali i ćpali na imprezach, żeby czuć się lepiej albo wchodzili w nic nie warte związki, ja siedziałam nad kartką i tworzyłam marząc, że może kiedyś da mi to lepsze życie. Że zdobędę uznanie, że ktoś mnie będzie lubić i szanować. Że może nawet na tym zarobię. Tworzyłam, i dawało mi to kopa, było moją siłą, żeby działać, żeby się nie zabić. Miło było mi również, kiedy ktoś to skomentował i pochwalił, pytał kiedy nowy komiks i czekał na więcej. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to nie do końca tak działa. I że papierkiem z uczelni, pochwałą od przełożonego czy ilością serduszek i komentarzy nie kupi się poczucia własnej wartości.

Od 2005 roku minęło kilka, potem kilkanaście lat górek i dołków. Ale kartka, ołówek, tablet i Photoshop były zawsze ze mną. Próbowałam coś zmieniać, próbowałam nowych rzeczy, chociaż z tyłu głowy miałam zawsze, że nie jestem wystarczająco dobra i że nie jestem w stanie robić postępów – a fakt, że nigdy nie miałam jakiejś wielkiej publiczności niestety utwierdzał mnie w tych przekonaniach. Nawet jeśli nie chciałam pozwolić dojść im do głosu.

Rysowanie było moją ucieczką. Kobiety-normiki z byłej pracy całą dniówkę myślały, że muszą zrobić pięć prań, ugotować obiad, ogarnąć dzieciaki i oczywiście swojego głupiego, leniwego chłopa. Ja całą dniówkę myślałam o moich postaciach i scenariuszach do kolejnych pasków i komiksów. I tak to się kręciło. A potem weszłam w związek (ale zdrowy, a nie toksyczny) i już nie musiałam uciekać – ale moja łepetyna jest na tyle elastyczna, że w końcu zaadaptowałam swoją pasję do nowych warunków i do nowego życia. To też dało mi dużą swobodę i spokój. Ale wcześniej było kiepsko.

W 2018 roku zaczęłam publikować tzw. komiks o Auschwitz, kto pamięta, ten pamięta – to był dla mnie w chuj emocjonalny temat i bardzo, ale to bardzo bałam się wyśmiania, negatywnego feedbacku, przeinaczania moich dobrych intencji i tak dalej. Dlatego zdecydowałam się publikować ten komiks na zamkniętym blogu. Podałam hasło różnym znajomym i… jak wielki był mój ból dupy, kiedy okazało się, że NIKT nie wszedł na tę stronę i każdy miał po całości wyjebane na ten projekt! To serio był wielki ból, bo temat był dla mnie bardzo ważny, ten projekt też, a tutaj “jak zawsze” – nikogo to nie obchodziło!

Na swoje hmm usprawiedliwienie muszę powiedzieć, że wtedy było średnio z moją psychiką – nie, że kiedykolwiek było jakoś bardzo dobrze, ale to był słabszy czas. Mocno myślałam jak wyrwać się z domu i zapewnić sobie lepsze życie, bo praca w ZAZie, gdzie byłam traktowana jak ostatnie gówno i taka też była wysokość mojej wypłaty, nie odpowiadała mi. Z braku laku wróciłam do tego, co dobrze znałam, a że było to nieco psychotyczne…

No i cóż, przez kolejny rok, półtora roku byłam przeświadczona, że tworzę wybitne arcydzieło, co – jeśli spojrzeć na sprawę po latach – nie było za bardzo zgodne z rzeczywistością.
Potem się trochę odważyłam i publikowałam już bardziej “jawnie”, ale wciąż nie miałam żadnego zainteresowania ani feedbacku. I wtedy zaczęła mnie boleć dupa, ale tak na serio i tak mocno.

Patrzyłam z jawną zawiścią na znajomych z DeviantArta, którzy mieli swoje projekty – a te projekty zdobywały zainteresowanie i uznanie publiki. Każdy znał ich postacie i dopytywał o nowe strony albo szczegóły fabuły. Ja dostawałam co najwyżej komentarz, że “ten koleś z lewej ma dziwną rękę” (faktycznie, długo rysowałam zniekształcone parówki albo jakieś rybie ogony zamiast dłoni :D) I tak, schizotypowi może być ciężko zrozumieć, że większość ludzi woli jednak różowe kucyki albo inne normalne rzeczy od kominów krematoriów… Trwało to rok, dwa, ze trzy. Stopniowo rysowałam coraz mniej czegokolwiek i całkowicie zwątpiłam w siebie i swoją pasję. Mówiłam sobie: po chuja, skoro nikogo to nie obchodzi. I już nie chodziło o konkrety typu bardzomądryipoważnyąę komiks o Auschwitz, tylko już o wszystko. Bo kogo obchodzą 20-letnie gry, w które nikt już nie gra, bo kogo obchodzą furrasy SFW, bo kogo obchodzą jakieś moje schizotypowe rozkminy, skoro nikt ich nie rozumie, bo nikt nie żyje ani nie myśli jak ja?

Moja sytuacja prywatna też była słaba, bo z powodu mojej choroby psychicznej nie byłam w stanie znaleźć żadnej pracy i zostałam bez środków do życia. Na przełomie roku 2022 i 2023 próbowałam prowadzić własną firmę. Ogólnie wyszło z tego jedno wielkie gówno – zostałam na lodzie z problemami i kupą długów, które jeszcze długo będę spłacać. Stresy zniszczyły mi psychikę tak bardzo, że dopiero w bieżącym roku, po wyprowadzce z miasta rodzinnego, zaczęłam się wreszcie regenerować. Dodam, że wcześniej spędziłam 35 lat w dysfunkcyjnej rodzinie z problemem alkoholowym.
Jakkolwiek, w 2022 roku zaczęłam też terapię indywidualną. Pierwszą i jedyną sensowną oraz skuteczną – począwszy od 2006 roku. Praca z osobą z moimi zaburzeniami niestety przerasta większość terapeutów (o czym dość boleśnie się przekonałam), więc miałam ogromne szczęście.

I razu pewnego, pod wpływem postów na Instagramie pewnej psychoterapeutki specjalizującej się w leczeniu traumy oraz tego, co mówiła mi moja terapeutka – ale ja nie do końca to rozumiałam… PYKŁO. Zrozumiałam. Tu nie chodzi o to, że ludzie nie lubią i nie chcą komiksów o tym, tamtym czy czymkolwiek. Tu nie chodzi o lajki, tu nie chodzi o to, że większość lubi modne kolorowe kreskówki zamiast jakichś podziemnych tworów, tu nawet nie chodzi o robiące na złość małym artystom algorytmy, tu nie chodzi o to, że jestem odmieńcem… Tu chodzi o moją jebaną wielką traumę z dzieciństwa, która stanowi fundament mojej choroby psychicznej. Oraz o wdrukowane schematy i programy, które się z tym wiążą.
I dlatego boli. Dlatego boli, że nikt nie skomentował. Dlatego boli jakiś nieprzychylny komentarz. Dlatego boli brak lajków. Dlatego boli, że statystyki pokazują zero wejść.

Chciałem napisać coś, co wstrząśnie sceną
I wstrząsnęło, ale mną to, że się nie przyjęło
Stałem pod ścianą, czując tylko niemoc
I wtedy coś runęło i zaczęło się

~Zeus

Czasem się śmieję, że jestem taka psycho-loszka z memów, która podciągnęłaby dosłownie wszystko pod traumy z dzieciństwa. Ale większość ludzi tego nie wie: jeśli człowiek ma jakieś lęki czy kompleksy, a to co tworzy uważa za guano i chciałby dążyć do bliżej nieokreślonej (i nieistniejącej) perfekcji, wciąż porównując się z innymi – jest duża szansa, że to właśnie trauma z dzieciństwa. :P I nie, nie trzeba było mieć rodziców alkoholików ani być bitym czy głodzonym, żeby mieć traumę, serio serio.
Znowu zaczęłam regularnie podłączać tablet i tworzyć, coraz mniej przejmując się tym, jak i czy w ogóle ktoś to odbierze. Po prostu, płynę z falą. Nieważne, że nie jest idealnie, że coś mogłabym poprawić czy zrobić inaczej – jest tak, jak w tym danym momencie miało być najlepiej. Inni rysują “lepiej”, mają więcej lajków, ich historie są bardziej chwytliwe, zarabiają pieniądze, ktoś chce ich wydać? Fajnie. Ja jestem sobą i tym samym chcę żyć ze sobą w zgodzie.
I to też nie jest tak, że ten komiks o Auschwitz był dla mnie tylko źródłem bólu dupy i teraz widzę go jako coś kiepskiego lub porażkę. Dzięki niemu zrobiłam ogromny progres i całkowicie zmieniłam swój styl rysowania. Zaczęłam stosować nowe rozwiązania i nowe techniki, nauczyłam się wiele nowych rzeczy w kwestii obsługi programów graficznych.

Rysuję i czuję satysfakcję. Mój narzeczony chwali, jara się, wrzuca sobie na tapetę w telefonie – i to jest moja nagroda. Że najbliższy mi, najważniejszy w moim życiu człowiek docenia to co tworzę. A ja mam satysfakcję i jestem z tego co narysowałam zadowolona. Reszta jest opcjonalna. Nauczyłam się też wystrzegać pułapek związanych z używaniem social mediów, szczególnie tych mainstreamowych. Nie chce mi się już bawić w jakieś Facebooki, zasięgi i promowania.
Nie mam parcia na szkło. Wiem, że w moim wieku i z moją “miłością” do ludzi nie osiągnę już za wiele na tym artystycznym polu. Może i mogłabym, na przykład wydając coś na papierze, ale nie chcę. Doznałam w życiu tyle przemocy i nienawiści, że nie mam już siły na prężenie się przed publicznością i ryzykowanie hejtu. A poza tym naprawdę ciężko mi dogadać się czy współpracować z kimkolwiek. Człowiek z osobowością psychotyczną nie ma dystansu do takich rzeczy i ciężko mu jakikolwiek wyrobić. Łatwo za to wkręcić sobie jakąś głupotę i pójść za jej głosem.

Nie mogę powiedzieć, że zawsze jest super i stabilnie. Jak każdy człowiek z problemami psychicznymi miewam gorsze i lepsze dni. Moje zaufanie do ludzi jest mocno nadwyrężone, co często przekłada mi się na smutek i frustrację. Mam kilka kompleksów i m.in. z tego powodu nie pokazuję się publicznie na żadnych festiwalach ani eventach. Nie jestem społeczną osobą i to się już nie zmieni. Pilnuję, żeby w kadrze nie było widać ceny, jaką płacę za “idealne życie” i “pieniądze za nic”. Czasem jeszcze to, że dupska pieką daje mi satysfakcję, ale prawda jest taka, że staram się izolować od toksycznych ludzi i ich wpływu na moją psychikę.
Staram się dążyć do jakiejś stabilizacji, także w realizowaniu mojego hobby, i tego się trzymam. :)

Szczurzy update

Przez jakiś czas siedziałam cicho, bo lato wybitnie nie sprzyja moim aktywnościom. Cierpię okrutnie w upały i nie mam siły kompletnie na nic… Do tego doszły mi pewne nowe problemy zdrowotne, ale leczenie już wdrożone i czuję się dużo lepiej. A na horyzoncie pomału widać już jesień, więc tego się trzymajmy.

Tak więc – co tam i jak tam?
Postanowiłam wrócić do mojego (bardzo) starego projektu, tak, chodzi o fankomiks z Half-Life 2. Pozdrawiam kumatych, którzy wiedzą. :) Na razie nie robię wokół tego za dużo szumu, bo wiadomo jak to jest. Prace posuwają się w swoim (moim xd) tempie, czyli względnie powoli. Ale nie pali się, co nie?

Jeszcze w temacie rysowania: wróciłam do Photoshopa… Po prostu sklejając stronę komiksu (a pracuję na naprawdę dużych plikach, tak po prostu mam) potrzebuję programu, który jest stabilny i nie wysra się na pliku, który ma ponad 100 MB. Tak, moje pliki robocze ze stronami komiksu mają po kilkaset MB, tak pracuję już od lat i wiąże się to z pewnym moim artystycznym “sekretem”. xd
Zarówno Gimp, jak i stara wersja Affinity Photo, nie dawały mi niestety tego komfortu… A poza tym no cóż, w moim wieku i z moją chorobą ciężko ot tak przestawić się na “obce” (mimo wielu podobieństw) narzędzie, skoro przez 20 lat używało się jednego i tego samego. Chociaż trochę boli, że Photoshop nie ma żadnej sensownej konkurencji – nawet płatnej. Affinity miało aspiracje być czymś takim, ale zrobili z tego jakieś okrojone byle co (ale chociaż darmowe – na bezrybiu…).

W ogóle okazało się, że Photoshop ma nową funkcję, bardzo przydatną dla chaotycznych ludzi takich jak ja. :)

Zakupiłam sobie również jakiś czas temu program do obróbki zdjęć – Luminar Neo, bo potrzebowałam “idiot friendly” programu do składania panoram z drona. Darmowy Hugin niestety pokonał mnie wysokim progiem wejścia… Wybrałam Luminar Neo, bo to jeden z nielicznych programów na rynku bez subskrypcji – płacisz raz i masz, nara. No i Luminar okazał się bardzo dobrym i sprawnym narzędziem do składania panoram. :)

A co do twórczości dronowej – konkretnie filmików – postanowiłam spróbować swoich sił na PeerTube. Chociaż “spróbować sił” to za dużo powiedziane – bardziej wrzucam tam te filmy w celu późniejszej możliwości wklejania linków na blogi czy fora. Co to jest PeerTube? TL;DR Fedisowy odpowiednik YouTube. Nie ma tam wielomilionowej publiczności i nie uzbierasz miliarda subów – ale za to nie ma tam też slopu, botów, scamu i wszelkiej toksyny. Coś za coś. To mój kanał, na razie nie ma na nim zbyt dużo, ale można zerknąć. :)

Poza tym nic nowego się nie wydarzyło, książki nie czytam, a niedawno przypomniałam sobie o Martyrze. Tej gry jest zwyczajnie za dużo w stosunku do zdolności, broni i innowacji, ale jak już zaszłam tak daleko, to chcę ją ukończyć. Także po to, żeby zobaczyć jak skończy się ta historia.
Kupiliśmy też limitkę PlayStation 4 i marzy mi się kolekcja pudełek z grami, szczególnie w obliczu tego, co niedawno zapowiedziało Sony. Sporadycznie zbieram też gry na PlayStation 2 (tworzenie retro kącika wciąż przed nami).

No i to tyle z ostatnich nowości i wydarzeń. Mam jeszcze kilka pomysłów, ale nie wiem co z tego wyjdzie, bo weekend zapowiada się upalny. :’)

Co tam, jak tam

Przez jakiś czas moje blogi były niedostępne, co było spowodowane moim złym samopoczuciem psychicznym. Złe samopoczucie psychiczne jest nieodłączną częścią mojego życia i czasem mi się zdarza, stąd takie sytuacje raz na jakiś czas. Blogi, jak widać, już wróciły i można znowu je odwiedzać.

Trochę rysuję, ale ostatnio bez entuzjazmu, bo ta pojebana pogoda bardzo mnie męczy, i psychicznie i fizycznie. Ale to wciąż lepsze, niż upały… Ostatnio robiłam rysunek na zamówienie, w wersji która odpowiada klientowi kompletnie mi się nie podoba – dlatego nie wrzucę go na żadne swoje socjale, no ale klient zapłacił, więc jak tam sobie chce. W międzyczasie próbuję tworzyć kolejne paski komiksowe, ale jakoś mi to nie idzie. Brakuje mi energii na cokolwiek.

A, chciałabym wrócić do nagrywania speedpaintów na YT, ale już tylko prywatnie dla znajomych oraz czytelników bloga. Będę wrzucać też filmiki z drona, bo ostatnio znowu trochę latamy.

Z gier, gram w “Warhammer 40,000: Inquisitor – Martyr” i pyknęło mi już 47 godzin. Gra wciąga i daje satysfakcję nawet mimo ograniczonego zasobu broni i zdolności, więc brnę dalej. :) Nie wiem, czy ukończę ją w lipcu i czy wpadnie nowy wpis na Szczurzy Gaming, ale jeśli nie to myślę, że jakoś to przeżyjecie. xd Chcę ukończyć ten tytuł, choćby miał mi zająć kilkaset godzin, bo jak na moje, jest tego warty.

Książki nie czytam, bo kompletnie nie mam weny ani nastroju… Ochota na rękodzieło również całkowicie mi zniknęła po pewnej nieprzyjemnej sytuacji związanej z serwisem Vinted oraz kiepskich rozkminach, że wybicie się bez płacenia i tzw. fanbase jest we współczesnym internecie niemożliwe.

A z nowości typowo technicznych: na każdym z moich blogów dodałam podstronę “Co nowego”, w której znajdziecie przegląd ostatnich najnowszych wpisów z całego Pipczykversum. :) Nie udało mi się tylko dodać tam fotobloga, ale może jeszcze spróbuję przysiąść i pokminić czy w ogóle się da.
Dodam, że pełną listę moich aktywnych blogów i socjali znajdziecie TUTAJ. A jeśli ktoś lubi być na bieżąco, a nie ogarnia RSSów lub nie siedzi na moim forum Bunkier23, zapraszam do odwiedzin tej strony: pipczykversum.openwrite.io. Wrzucam tam na bieżąco każdy update, można zaglądać.

Zapraszam i do poczytania niebawem. :)

Z czym jem Fedi?

Drugie podejście do wpisu o Fediverse… Tym razem będzie krótszy. :)
Pozwólcie, że nie będę was raczyć moimi refleksjami na temat mainstreamowych social mediów i sposobu ich działania – ktoś zrobił to lepiej i zwięźlej. :)

Wszystkie najważniejsze informacje o Fediverse – w tym definicje co to w ogóle jest, znajdziecie tutaj.
Kiedyś na Mastodonie jeden z moich mutualsów napisał w jakiejś wymianie komentarzy, że nie ma co się bawić w mesjasza – Fedi nie jest dla każdego i nie każdemu podejdzie taki koncept, i miał rację. Każdy używa tego co chce, i tyle – ale nie zaszkodzi napisać paru słów, bo nie każdy wie, że współczesny internet to nie tylko Google, Meta i X.

No właśnie, jestem jednym z tych nielicznych twórców, który przedkłada jakość nad ilość. A ponieważ mój fanbase to jedna osoba (mój partner), nie jestem skazana na tkwienie w jakimś toksycznym miejscu typu X czy Facebook tylko dlatego, że tam mam największy ruch, zasięgi i zamówienia na tzw. komisze. Tutaj jest winna moja choroba psychiczna. Nie umiem w fanbase i w interakcje z tzw. fanami, nie umiem pomysłowo prowadzić peja czy konta, żeby to przyciągało ludzi i było klikalne, nawet bez kontrowersji czy toksyny – chociaż doskonale znam mechanizmy psychologiczne, które przyciągają fanów do kontentu. Ale to jakoś tak, jakbym nie była sobą. A lubię być sobą z całym dobrodziejstwem inwentarza (patrz: moje trzy diagnozy) tworząc i publikując, i pewnie dlatego tak niewiele osób zwraca na to uwagę. :’)
No i jestem dobrym człowiekiem, ale mam słabe nerwy i z tego powodu nie kręci mnie pokazywanie mojej twórczości stadu małp, które jedyne co potrafi, to drapać się po dupach i rzucać swoim guanem w każdym możliwym kierunku. I możliwość zablokowania takich stworów mnie nie przekonuje, bo jak nawinął Zeus –

Musiałem to, że nie jest fair, jakoś ukryć i strawić
Nie bawi mnie szukanie w gównie nawet cudnej kawy

Dobra, więc do rzeczy. :)
Jeśli chodzi o Fedi, używam dwóch usług.
Pierwsza to Mastodon. Mastodon to, w najprostszym tłumaczeniu, “coś jak Twitter”. Czyli po prostu mikroblog z limitem znaków (limit jest zależny od danego serwera), gdzie można wrzucić do czterech plików graficznych. Korzystam z dwóch serwerów, 101010.pl i mastodon.social.

Druga to Pixelfed, czyli zdrowa alternatywa dla Instagrama. Pixelfed to medium, którym Instagram był ~15 lat temu (ale przestał być), zanim wykupiła go Meta. Publikuje się tam zdjęcia – tylko i aż. Żadnych rolek, żadnych trendów, żadnego AI slopu. Korzystam z oficjalnego serwera pixelfed.social, którego admin dokłada wszelkich starań, żeby i serwer i aplikacja na telefon działały sprawnie. Jeśli ktoś szuka jednak tych krótkich formatów wideo, bez problemu znajdzie je w innych serwisach Fedi: Loops czy PeerTube.
Dodam, że komunikacja pomiędzy większością serwerów jest na ogół dobra, ale czasami zawodzi i na przykład nie wyświetlają się zdjęcia czy nie można komuś odpisać. Ale przypomnę, że działaniu Facebooka i Instagrama również daleko do ideału, a na Fedi w razie problemów przynajmniej otrzyma się realną pomoc od żywego człowieka.

Okej, co więc – w mojej mocno subiektywnej opinii – sprawia, że wolę Mastodona i Pixelfed od X, Facebooka i Instagrama?

Po pierwsze, interakcje z żywymi ludźmi. I to takimi, którzy posiadają mózgi. Jasne, i tam może się trafić jakiś cham i dziwadło, ale są to naprawdę sporadyczne przypadki (w przeciwieństwie do maintereamowych social mediów, które przecież karmią się ludzką nienawiścią i zrobią wszystko, żeby wydobyć ją z ludzi). Bo ja jestem z tych, którzy wolą dostać fajne trzy komentarze od trzech fajnych osób, niż milion serduszek od botów i sto komentarzy od jakichś przypadkowych zjebów, którym strasznie nie podoba się, że gram na innej konsoli, niż oni (na przykład).

Po drugie, na wallu widzę tylko to, co chcę, a jeśli posty jakichś osób na Mastodonie (np. podane dalej przez kogoś, kogo obserwuję) mi nie odpowiadają, to bez zbędnych nerwów i emocji na spokojnie mogę te konta wyciszyć. Nikt nie leci z mordą na innych i nie wyzywa. A nawet jakby chciał, to na Fedi zarobi bana, zamiast gratyfikacji. Bo tam admini serwerów na ogół dbają o porządek i poziom. Z tego samego powodu na serwerach nie ma botów, ani wszelkiego syfu wygenerowanego przez sztuczną inteligencję.
Także – na Fedi nie zobaczy się nic, co w ciągu trzech sekund podniesie człowiekowi ciśnienie i popsuje humor na resztę dnia. Tak, to nie jest przypadek, że wall na Facebooku realnie wpływa na nasz nastrój i komfort psychiczny. Co do feedu na Instagramie, ja osobiście wiem jak sprawić, żeby był przyjazny, ale większość ludzi tego nie doświadcza – statystyki (np. z Wikipedii) są w tej kwestii bezlitosne.

Po trzecie, przez brak algorytmów i jakiegokolwiek wsparcia dla AI, Fedi nie jest nijak atrakcyjne dla żadnych szeroko pojętych inwestorów, biznesów czy ogólnie osób, które interesuje tylko monetyzacja. To jest właśnie taki stary, dobry internet sprzed 20 lat, który tworzyli ludzie z pasją dla innych ludzi z pasją, a nie boty i influencerzy dla zasięgów, klientów i pieniędzy. Co ważne, Fedi nie kradnie twoich na przykład tekstów, fotografii czy rysunków i nie użyje ich do nakarmienia AI.

Po czwarte, większość osób na Fedi to ludzie świadomi cyfrowego świata, w tym także stosowanych w nim technik manipulacji. Nie będą gratulować wygenerowanej przez AI babci 101 urodzin ani podawać jej swojego numeru telefonu, nie będą promować filmików, w których ktoś “w cudowny sposób” “ratuje” kotka, który “sam wpadł” do studni, nie będą powielać fałszywych wiadomości służących tylko polaryzacji społeczeństwa. Są na Fedi również osoby dość “radykalne” w swojej lewicowości czy niezależności od bigtechów, ale nikt nikogo nie zwyzywa za to, że używa nie wiem, Photoshopa zamiast Gimpa – a wręcz przeciwnie, ludzie są pomocni i chętnie doradzą w sprawie np. otwartego oprogramowania. Bez wyzwisk, głupawych tekstów czy wyśmiewania. I dodam, chociaż może to dowód anegdotyczny, że nie spotkałam tam żadnej pani Gertrudy z różami i Jezusem na profilowym, która wprawdzie nie potrafi pisać na klawiaturze, ale to nie przeszkadza jej rzucać w każdego zgniłym mięsem. :)
Fedi jest również w większości bezpieczną przestrzenią dla osób queerowych. No i wymiana zdań na Fedi, w przeciwieństwie do Facebooka, nie daje mi uczucia wpadnięcia w sam środek zasranego rowu.

Także, reasumując: jeśli szukasz miejsca “jak dawniej” i zależy ci na interakcjach z fajnymi ludźmi, a nie tylko na sztucznym ruchu i złudnym poczuciu bycia fajnym – które może prysnąć niczym bańka mydlana (np. wtedy, kiedy Meta zablokuje permanentnie twoje konto za rzekome złamanie bliżej nieokreślonych “standardów społeczności”), Fedi jest zdecydowanie dla ciebie. :)

Z historii, czyli moje tablety graficzne

Sztuką cyfrową zajmuję się plus minus od 2005 roku. Tak “na serio”, bo pewne próby i podejścia miałam już wcześniej, jako uczniak z liceum.
Kiedy w 2006 r. dowiedziałam się, że istnieją urządzenia peryferyjne, dzięki którym można rysować na komputerze “jak na kartce”, byłam tym oczarowana i oczywiście też chciałam mieć swój tablet graficzny. Moim ówczesnym problemem była niestety bieda ekonomiczna, przez którą takie urządzenie było poza moim zasięgiem. Wtedy na rynku były tylko tablety firmy Wacom. W sensie, nie tylko – były też tablety firmy Pentagram oraz innych, podobnych jakościowo “marek”, które psuły się natychmiast po wyciągnięciu z pudełka. :) Serio, serio, zapytajcie artystów, którzy w tamtym czasie tworzyli cyfrowo. :)

Ale mam to do siebie, że jak się uprę, to osiągnę cel i w końcu mi się udało.
Moim pierwszym tabletem graficznym był Wacom Graphire 4 (używany w latach 2007-2014).

Tablet kupiłam w 2007 r., ale… przeleżał na półce jakieś cztery lata. Tak, początkowo rysowanie na tablecie przerosło mnie i to nawet bardzo… Wydawało mi się to bardzo trudne i kompletnie nie do opanowania. Nie umiałam sobie z tą sprawą poradzić. Rysowałam więc tradycyjnie – szkic ołówkiem + lineart cienkopisem – skanowałam to i jakoś tam nędznie obrabiałam na komputerze. Strasznie się tego wstydziłam i nikomu nic nie mówiłam, bojąc się wyśmiewania. To był początek mojego leczenia, więc bywało różnie. Dopiero na początku 2011 r. zacisnęłam zęby, ogarnęłam temat “jak należy” i odtąd lineart robiłam już na tablecie, na zeskanowanym szkicu, wykonanym ołówkiem. Jako ciekawostkę dodam, że szkice cyfrowe zaczęłam robić dopiero w 2021 r. i teraz nie wyobrażam sobie, że można było inaczej. :) Ach te “bezpieczne” schematy w głowie.

Wacom Intuos Pro M (2014 – 2019)

Intuos Pro był w tamtym czasie tabletem z naprawdę wysokiej półki – lepsze były tylko ekranowe Cintiq, kosztujące kilkanaście tysięcy złotych. Ten tablet przyleciał do mnie z… Australii. W 2014 roku moja mama poleciała tam odwiedzić rodzinę, a ja odkryłam, że za oceanem Intuosy są dużo tańsze, niż w Polsce i poprosiłam o przysługę. Była oczywiście inba, bo tablet nie zmieścił się do zwykłej walizki i musieli kupować jakąś nową specjalnie na bagaż podręczny, a ciocia była podobno na mnie wkurzona pytając się mojej mamy, dlaczego nie mogę po prostu rysować na kartce. :D Nie speszyłam się tym specjalnie, a tablet przyleciał cały i zdrowy. Rysowanie na nim było niesamowitym doznaniem. Bardzo na niego czekałam, wręcz odliczałam dni – a to były czasy, w których nie spotykało mnie zbyt wiele dobrych rzeczy.
Kiedy Intuos zaczął niedomagać ze starości, sprzedałam go tanio znajomemu, który chciał uczyć się rysowania w digitalu – Intuos służył mu jeszcze jakiś czas, a ja kupiłam…

Huion Inspiroy H1060P (2019 – 2020)

Tak, Huion to bardzo zabawna nazwa hahaha hihihi hehehe rotfl lol, pośmialiśmy się wszyscy, więc do rzeczy. :)
Huiony okazały się być fajną alternatywą i dobrą konkurencją dla drogich Wacomów. Firmie Wacom w tamtym czasie trochę się odkleiło w kwestii cen – Huion w ciągu kilku lat postawił ich do pionu, oferując dobre i DUŻO tańsze tablety płytkowe.

W 2020 r. zachciało mi się burżujstwa (pracowałam w szicie o nazwie ZAZ i miałam mały, acz stały dochód) i sprawiłam sobie pierwszy w życiu tablet ekranowy.

Huion Kamvas 20 (2020 – 2023)

Tablet kosztował sporo – całe 2000 zł, nie obyło się więc bez zjebanych komentarzy typu “nie było tańszego?” albo “nie zarabiasz na tym, więc bez sensu”. No cóż. Po trzech latach okazało się, że ten tablet absolutnie nie był wart swojej ceny, bo zaczął mieć problemy z naciskiem w jednej części ekranu. Dodatkowo był wielki, ciężki i nieporęczny. Sprzedałam go za pół darmo znajomemu, który chyba jeszcze do dziś ma z niego pożytek. :)

Ponieważ nie byłam już w stanie rysować na tablecie płytkowym – serio, to jest wielki przeskok i wielka różnica!, następcą został inny tablet ekranowy:

Wacom One Display 13 (DTC133) (2023 – 2026)

Mały, zgrabny i fikuśny… niestety odrobinę za mały. Jego największą wadą był dziwaczny kabel, który uwielbia się psuć (jeden mi się popsuł, ale drugi rozjechałam krzesłem xD), a nowy to niestety koszt ~200 zł. Nie ma żadnego taniego chińskiego odpowiednika, ani nic innego. Do tego folia na ekranie jest obowiązkowa, o ile nie chce się go błyskawicznie zarysować i tym samym zniszczyć.

Jakiś czas temu Wacom One 13 zaczął trochę niedomagać. W sensie, działa, ale od czasu do czasu – częściej niż rzadziej – rozłącza się i trzeba uruchamiać go ponownie. Nie miałam pewności, ale obstawiam, że to wina tego nieszczęsnego kabla, który nawet jako nówka wygląda jak coś, co tylko prosi się o to, by ulec awarii przy pierwszej lepszej okazji…

No i to jest następca.

Wacom One 14 Pen Display (2026 – obecnie)

Tablet na pierwszym zdjęciu wydaje się duży, ale w rzeczywistości taki nie jest. Jest mniejszy od One 13 – ale ma większy obszar roboczy i ogólnie jest smuklejszy. Wielką zaletą jest to, że podłącza się go po prostu jednym kablem USB C, a nie jakimś skomplikowanym dziwactwem. Wadą (dla mnie) jest z kolei to, że nie ma “nóżek” i muszę kombinować jakąś podstawkę. Ale od czego jest drukarka 3D. :)

Usilnie próbuję zrobić naszywkę xD

Wczoraj w końcu postanowiłam przysiąść i zaprojektować jakąś własną naszywkę (tak, taką na hafciarkę). Pomysł był ambitny i w celu wykonania naszywki narysowałam tegoż grubego szczura.

Niestety szybko zrozumiałam, czym różni się Artistic Digitizer od Artistic Digitizer Jr. … A mam oczywiście ten drugi. Otóż Jr. to okrojona wersja, która pozwala tylko na podstawową edycję plików. Zakup pełnej wersji nie wchodzi w grę, bo ten program kosztuje kilka tysięcy złotych. No i cóż – został mi Inkscape z addonem Ink/Stitch.
Pierwszym krokiem miała być konwersja pliku png (czyli mojego szczura) na plik obsługiwany przez hafciarkę… I tu zaczęły się schody. Musiałam zrobić coś, czego nie lubię, czyli poprosić o pomoc ChataGPT. Bo tak się składa, że mam naprawdę nikłe pojęcie o czymkolwiek związanym z grafiką wektorową. Coś mi tam podpowiedział, po czym efekt końcowy zaczął wyglądać tak:

Miałam uruchomić tzw. symulację, na którą pozwala addon Ink/Stitch i… Inkscape zawiesił się na śmierć.
AI podsumowało, że niestety, ale mój projekt jest zbyt zaawansowany i ma zbyt wiele szczegółów, co powoduje utworzenie miliarda ścieżek i zawiechę programu. Nie będzie z niego naszywki i bez sensu dalej brnąć w ten projekt. No cóż.
Oczywiście w sieci (w sensie, że online) jest mnóstwo darmowych konwerterów grafik na pliki hafciarek różnych firm i rodzajów, tyle że mam do takich rzeczy zerowe zaufanie – bo nawet jeśli działają, to przecież masowo kradną to, co się im wrzuca w ryje. Nie lubię takich praktyk, sądzę że większość artystów bez względu na popularność nie lubi. :P

Jak będę mieć wenę, biorę się za drugi projekt, który będzie już dużo bardziej uproszczony. Koncept projektowania czegokolwiek związanego z haftem komputerowym jest dla mnie wciąż bardzo niejasny.

c. d. n.!

Fotografia – moje małe hobby

Lubię robić zdjęcia.
Jak wielokrotnie pisałam tu i tam, nie mam zielonego pojęcia o fotografii, o jej zasadach, terminologii, zasadach kompozycji i innych tego typu sprawach, nie umiem nawet używać trybu manualnego w aparacie. xD Niestety nauka przychodzi mi już dość opornie. Po prostu mam jakiś taki zmysł i często wychodzą mi fajne zdjęcia.

Interesuję się tym w sumie od dziecka – swój pierwszy aparat fotograficzny Kodak Photo FX dostałam od ojca na 10 urodziny w 1996 roku. Pamiętam, że był to cały zestaw, także jakieś książeczki dla dzieciaków o fotografii itp. (niestety wszystko po angielsku), ale do czasów obecnych z tego wszystkiego zachował się tylko sam aparat.

To były czasy pt. “nie marnuj kliszy na głupie i niepotrzebne zdjęcia, bo klisza jest droga!”. Maksymalnie można było zrobić 36 zdjęć. I faktycznie, klisza była droga, a wywołanie zdjęć też nieco kosztowało. Pamiętam, że mieliśmy mały zakład fotograficzny na naszej ulicy i tam zawsze chodziło się wywoływać różne zdjęcia, z wakacji, wycieczek itp. Oczywiście największa frajda była wtedy, kiedy udało się naciągnąć mamę na dwie klisze po 36 zdjęć, jeśli były w promocji. :)

Tym aparatem od taty nie zrobiłam żadnych super zdjęć, byłam po prostu dzieciakiem z zabawką, który latał i fotografował to, co w jego mniemaniu było ciekawe. Dodam, że od robienia zdjęć ludziom, wolałam fotografować widoczki, architekturę, przyrodę itp. – i mam tak do dziś.

W czasach liceum kupiłam sobie coś na kształt cyfrówki – za namową kolegi z klasy, który wygrzebał to ustrojstwo gdzieś na Allegro.

(zdjęcie poglądowe z internetu)

Cyfrówka to w sumie za dużo powiedziane. Był to malutki aparacik mieszczący się w każdej kieszeni – wprawdzie robił zdjęcia fatalnej jakości (coś jak pierwsze aparaty w telefonach komórkowych), ale dla nastoletniej mnie był super gadżetem. Był towarzyszem niejednego wypadu czy wycieczki. Pamiętam, że miał też funkcję kamerki internetowej.

W czerwcu 2005 roku, krótko po mojej maturze, mama zlikwidowała jakąś tam książeczkę oszczędnościową i zgodziła się kupić mi porządny jak na tamte czasy aparat cyfrowy. Padło na model Olympus CAMEDIA C-740UZ.

(zdjęcie poglądowe z internetu)

I dopiero mając tego Olympusa, zaczęłam lepiej rozumieć fotografię.

W szkole policealnej (2007 – 2009) miałam krótki epizod z fotografią analogową, gdzie biegało się z jakimiś Zenitami i innymi Zorkami po okolicy i potem wywoływaliśmy to w ciemni. Oczywiście nic mi z tego nie wyszło i nauczycielka, notabene średnio przyjemna osoba, marudziła. Ja się wtedy fatalnie czułam, miałam źle dobrane leki i nie wspominam tych czasów miło. Ale samo doświadczenie było ciekawe. :)

W 2009 mój Olympus był już mocno sfatygowany, na tyle, że na matrycy wyskoczyły martwe piksele. Kupiłam kolejny aparat – Olympus SP-600UZ. Odkupiłam go jako nówkę od znajomego z internetu, którego dziewczyna wygrała ten aparat w jakimś konkursie, ale miała lepszy i chciała sprzedać swoją nagrodę.

(zdjęcie poglądowe z internetu)

Służył mi jeszcze kilka długich lat, w 2016 kupiłam Sony DSC-RX100, ale nie cieszyłam się nim specjalnie, bo krótko potem babcia się połamała i jako, że nie miałam wtedy swojego własnego życia, pomagałam rodzicom w opiece nad babcią przez prawie 7 lat…


(zdjęcie poglądowe z internetu)

Żałuję, że go sprzedałam.

Potem kupiłam aparat Kodak AZ425, że niby taki uniwersalny kompakt, ale aparat okazał się chińskim gównem wyjątkowo marnej jakości.


(zdjęcie poglądowe z internetu)

Sprzedałam go za grosze jakiemuś panu na OLX i starałam się nie roześmiać, kiedy on przed zakupem oglądał to guano niczym jakieś cudo techniki za milion złotych. Mam nadzieję, że może chociaż ten pan ma jakikolwiek pożytek z tego aparatu.

Teraz mam lustrzankę (z obiektywem): Canon EOS 2000D + EF-S 18-55mm f/3,5-5.6 DC III


(zdjęcie poglądowe z internetu)

Do tego dwa dodatkowe obiektywy. Canon EF 50 mm f/1.8 STM i Canon EF 75-300mm F4-5.6 III (ten drugi to teleobiektyw dla ubogich).

Ogólnie czuję się za głupia na ten aparat, ale póki co nie zabieram się za naukę trybów manualnych, bo mam wiele innych spraw do ogarnięcia.
A poza tym robię zdjęcia także telefonem, Samsungiem Galaxy S23.

Gdzie pisać bloga w XXI wieku?

Kilka moich refleksji i wskazówek odnośnie możliwości blogowania we współczesnym internecie. :)

Gotowce:

wordpress.com – strona pozwalająca założyć i prowadzić bloga na WordPressie bez instalowania tego skryptu na własnym hostingu. Ma jednak wielki minus – zdecydowana większość funkcji i wtyczek jest tutaj dostępna jedynie po wykupieniu premium. Darmowa wersja jest mocno okrojona, ale może dla kogoś to będzie wystarczające.

blogger.com – blogi “jak dawniej”, pod egidą Google. Fajną funkcją tego serwisu jest możliwość zakładania prywatnych blogów tylko dla zaproszonych osób. Wadą jest brak możliwości zarządzania treścią tak jak np. w WordPressie, jak i również brak możliwości blokowania użytkowników.

openwrite.io – coś spod egidy Fedi. BARDZO mocno minimalistyczny blog, bez funkcji komentarzy i bez jakichkolwiek wodotrysków, dla osób ceniących ascetyzm (i nie chcących wchodzić na swoim blogu w interakcje). Jeśli chce się z tego wycisnąć coś więcej, wymagana jest już pewna ilość wiedzy informatycznej.

Edit: openwrite właśnie zyskało opcję dodawania komentarzy.

Do samodzielnej instalacji:

wordpress.org – skrypt WordPress do samodzielnej instalacji na własnym hostingu, który daje niezliczone możliwości zarządzania blogiem i treścią. Jednym słowem – ma się dosłownie wszystko pod pełną kontrolą.

flatpress.org – alternatywa dla WordPressa dla osób, które wolą bardziej niezależne i minimalistyczne rozwiązania. Testowałam FlatPress, niestety nie mam dobrego zdania o stabilności tego skryptu – po wgraniu na serwer motywu (z oficjalnej strony), całość się wysypała i tyle było mojej zabawy. Potem już nie wracałam do tematu.

Wiem o istnieniu jeszcze innych skryptów:

– b2evolution
– Dotclear
– PluXml
– Serendipity
– Textpattern

…ale żadnego z nich nigdy nie używałam.

To tyle, jak ktoś ma coś do dodania, to nie krępujcie się. :)

Krótka (bardzo krótka) przygoda z Ubuntu

Miałam ostatnio kilka pechowych przygód, z których jedna zakończyła się… zainstalowaniem na moim MSI Katana Ubuntu. No cóż, chęci miałam dobre, no ale wiadomo jak to jest w tym przysłowiu o dobrych chęciach. Żeby nakreślić wam w czym tkwi problem, objaśnię, że programy, których używam do rysowania (Clip Studio Pain i MediBang) są dla mnie święte, tak samo jak święte jest dla mnie rysowanie. Bez rysowania nie żyję, nie oddycham i nie funkcjonuję, koniec kropka. Zmiana programów też nie wchodzi w grę (chyba, że Photoshopa na Gimpa).

I pomimo najszczerszych chęci, tutoriali i wskazówek, nie udało mi się zmusić Clipa do działania ani za pomocą Bottles, ani za pomocą Wine. Po całym długim dzionku pieprzenia się z tym, skapitulowałam i zainstalowałam ponownie Windowsa…
Nie zrozumcie mnie źle – zrobiłam to z pewnym żalem. Ubuntu fajny system, ok, ale to wciąż – mimo zmian jakie dokonały się w nim na przestrzeni ostatnich 8 lat – nie jest system przyjazny dla zwykłego szarego człowieka, który chciałby tylko cieszyć się w pełni działającym laptopem. Nie mam wiedzy, żeby rozgryzać tajniki Wine i Bottles i nie dostać przy tym ciężkiej kurwicy.

Więc mam znowu Windowsa i wszystko działa.

Zainstalowałam Gimpa i udało mi się coś w nim podziałać.

Przez tych kilka przygód (pechowych), trochę wybiłam się z rytmu. Teraz za to staram się ogarnąć wielkie sprzątanie domu, ale bywa z tym różnie.

Myślę, żeby zacząć czytać kolejną książkę, ale na razie za dużo się dzieje. Także – wracam do swoich hobby i innych nie związanych z obowiązkami aktywności dopiero za kilka dni.