Archiwum kategorii: Blog

Co tam, jak tam

Przez jakiś czas moje blogi były niedostępne, co było spowodowane moim złym samopoczuciem psychicznym. Złe samopoczucie psychiczne jest nieodłączną częścią mojego życia i czasem mi się zdarza, stąd takie sytuacje raz na jakiś czas. Blogi, jak widać, już wróciły i można znowu je odwiedzać.

Trochę rysuję, ale ostatnio bez entuzjazmu, bo ta pojebana pogoda bardzo mnie męczy, i psychicznie i fizycznie. Ale to wciąż lepsze, niż upały… Ostatnio robiłam rysunek na zamówienie, w wersji która odpowiada klientowi kompletnie mi się nie podoba – dlatego nie wrzucę go na żadne swoje socjale, no ale klient zapłacił, więc jak tam sobie chce. W międzyczasie próbuję tworzyć kolejne paski komiksowe, ale jakoś mi to nie idzie. Brakuje mi energii na cokolwiek.

A, chciałabym wrócić do nagrywania speedpaintów na YT, ale już tylko prywatnie dla znajomych oraz czytelników bloga. Będę wrzucać też filmiki z drona, bo ostatnio znowu trochę latamy.

Z gier, gram w “Warhammer 40,000: Inquisitor – Martyr” i pyknęło mi już 47 godzin. Gra wciąga i daje satysfakcję nawet mimo ograniczonego zasobu broni i zdolności, więc brnę dalej. :) Nie wiem, czy ukończę ją w lipcu i czy wpadnie nowy wpis na Szczurzy Gaming, ale jeśli nie to myślę, że jakoś to przeżyjecie. xd Chcę ukończyć ten tytuł, choćby miał mi zająć kilkaset godzin, bo jak na moje, jest tego warty.

Książki nie czytam, bo kompletnie nie mam weny ani nastroju… Ochota na rękodzieło również całkowicie mi zniknęła po pewnej nieprzyjemnej sytuacji związanej z serwisem Vinted oraz kiepskich rozkminach, że wybicie się bez płacenia i tzw. fanbase jest we współczesnym internecie niemożliwe.

A z nowości typowo technicznych: na każdym z moich blogów dodałam podstronę “Co nowego”, w której znajdziecie przegląd ostatnich najnowszych wpisów z całego Pipczykversum. :) Nie udało mi się tylko dodać tam fotobloga, ale może jeszcze spróbuję przysiąść i pokminić czy w ogóle się da.
Dodam, że pełną listę moich aktywnych blogów i socjali znajdziecie TUTAJ. A jeśli ktoś lubi być na bieżąco, a nie ogarnia RSSów lub nie siedzi na moim forum Bunkier23, zapraszam do odwiedzin tej strony: pipczykversum.openwrite.io. Wrzucam tam na bieżąco każdy update, można zaglądać.

Zapraszam i do poczytania niebawem. :)

Z czym jem Fedi?

Drugie podejście do wpisu o Fediverse… Tym razem będzie krótszy. :)
Pozwólcie, że nie będę was raczyć moimi refleksjami na temat mainstreamowych social mediów i sposobu ich działania – ktoś zrobił to lepiej i zwięźlej. :)

Wszystkie najważniejsze informacje o Fediverse – w tym definicje co to w ogóle jest, znajdziecie tutaj.
Kiedyś na Mastodonie jeden z moich mutualsów napisał w jakiejś wymianie komentarzy, że nie ma co się bawić w mesjasza – Fedi nie jest dla każdego i nie każdemu podejdzie taki koncept, i miał rację. Każdy używa tego co chce, i tyle – ale nie zaszkodzi napisać paru słów, bo nie każdy wie, że współczesny internet to nie tylko Google, Meta i X.

No właśnie, jestem jednym z tych nielicznych twórców, który przedkłada jakość nad ilość. A ponieważ mój fanbase to jedna osoba (mój partner), nie jestem skazana na tkwienie w jakimś toksycznym miejscu typu X czy Facebook tylko dlatego, że tam mam największy ruch, zasięgi i zamówienia na tzw. komisze. Tutaj jest winna moja choroba psychiczna. Nie umiem w fanbase i w interakcje z tzw. fanami, nie umiem pomysłowo prowadzić peja czy konta, żeby to przyciągało ludzi i było klikalne, nawet bez kontrowersji czy toksyny – chociaż doskonale znam mechanizmy psychologiczne, które przyciągają fanów do kontentu. Ale to jakoś tak, jakbym nie była sobą. A lubię być sobą z całym dobrodziejstwem inwentarza (patrz: moje trzy diagnozy) tworząc i publikując, i pewnie dlatego tak niewiele osób zwraca na to uwagę. :’)
No i jestem dobrym człowiekiem, ale mam słabe nerwy i z tego powodu nie kręci mnie pokazywanie mojej twórczości stadu małp, które jedyne co potrafi, to drapać się po dupach i rzucać swoim guanem w każdym możliwym kierunku. I możliwość zablokowania takich stworów mnie nie przekonuje, bo jak nawinął Zeus –

Musiałem to, że nie jest fair, jakoś ukryć i strawić
Nie bawi mnie szukanie w gównie nawet cudnej kawy

Dobra, więc do rzeczy. :)
Jeśli chodzi o Fedi, używam dwóch usług.
Pierwsza to Mastodon. Mastodon to, w najprostszym tłumaczeniu, “coś jak Twitter”. Czyli po prostu mikroblog z limitem znaków (limit jest zależny od danego serwera), gdzie można wrzucić do czterech plików graficznych. Korzystam z dwóch serwerów, 101010.pl i mastodon.social.

Druga to Pixelfed, czyli zdrowa alternatywa dla Instagrama. Pixelfed to medium, którym Instagram był ~15 lat temu (ale przestał być), zanim wykupiła go Meta. Publikuje się tam zdjęcia – tylko i aż. Żadnych rolek, żadnych trendów, żadnego AI slopu. Korzystam z oficjalnego serwera pixelfed.social, którego admin dokłada wszelkich starań, żeby i serwer i aplikacja na telefon działały sprawnie. Jeśli ktoś szuka jednak tych krótkich formatów wideo, bez problemu znajdzie je w innych serwisach Fedi: Loops czy PeerTube.
Dodam, że komunikacja pomiędzy większością serwerów jest na ogół dobra, ale czasami zawodzi i na przykład nie wyświetlają się zdjęcia czy nie można komuś odpisać. Ale przypomnę, że działaniu Facebooka i Instagrama również daleko do ideału, a na Fedi w razie problemów przynajmniej otrzyma się realną pomoc od żywego człowieka.

Okej, co więc – w mojej mocno subiektywnej opinii – sprawia, że wolę Mastodona i Pixelfed od X, Facebooka i Instagrama?

Po pierwsze, interakcje z żywymi ludźmi. I to takimi, którzy posiadają mózgi. Jasne, i tam może się trafić jakiś cham i dziwadło, ale są to naprawdę sporadyczne przypadki (w przeciwieństwie do maintereamowych social mediów, które przecież karmią się ludzką nienawiścią i zrobią wszystko, żeby wydobyć ją z ludzi). Bo ja jestem z tych, którzy wolą dostać fajne trzy komentarze od trzech fajnych osób, niż milion serduszek od botów i sto komentarzy od jakichś przypadkowych zjebów, którym strasznie nie podoba się, że gram na innej konsoli, niż oni (na przykład).

Po drugie, na wallu widzę tylko to, co chcę, a jeśli posty jakichś osób na Mastodonie (np. podane dalej przez kogoś, kogo obserwuję) mi nie odpowiadają, to bez zbędnych nerwów i emocji na spokojnie mogę te konta wyciszyć. Nikt nie leci z mordą na innych i nie wyzywa. A nawet jakby chciał, to na Fedi zarobi bana, zamiast gratyfikacji. Bo tam admini serwerów na ogół dbają o porządek i poziom. Z tego samego powodu na serwerach nie ma botów, ani wszelkiego syfu wygenerowanego przez sztuczną inteligencję.
Także – na Fedi nie zobaczy się nic, co w ciągu trzech sekund podniesie człowiekowi ciśnienie i popsuje humor na resztę dnia. Tak, to nie jest przypadek, że wall na Facebooku realnie wpływa na nasz nastrój i komfort psychiczny. Co do feedu na Instagramie, ja osobiście wiem jak sprawić, żeby był przyjazny, ale większość ludzi tego nie doświadcza – statystyki (np. z Wikipedii) są w tej kwestii bezlitosne.

Po trzecie, przez brak algorytmów i jakiegokolwiek wsparcia dla AI, Fedi nie jest nijak atrakcyjne dla żadnych szeroko pojętych inwestorów, biznesów czy ogólnie osób, które interesuje tylko monetyzacja. To jest właśnie taki stary, dobry internet sprzed 20 lat, który tworzyli ludzie z pasją dla innych ludzi z pasją, a nie boty i influencerzy dla zasięgów, klientów i pieniędzy. Co ważne, Fedi nie kradnie twoich na przykład tekstów, fotografii czy rysunków i nie użyje ich do nakarmienia AI.

Po czwarte, większość osób na Fedi to ludzie świadomi cyfrowego świata, w tym także stosowanych w nim technik manipulacji. Nie będą gratulować wygenerowanej przez AI babci 101 urodzin ani podawać jej swojego numeru telefonu, nie będą promować filmików, w których ktoś “w cudowny sposób” “ratuje” kotka, który “sam wpadł” do studni, nie będą powielać fałszywych wiadomości służących tylko polaryzacji społeczeństwa. Są na Fedi również osoby dość “radykalne” w swojej lewicowości czy niezależności od bigtechów, ale nikt nikogo nie zwyzywa za to, że używa nie wiem, Photoshopa zamiast Gimpa – a wręcz przeciwnie, ludzie są pomocni i chętnie doradzą w sprawie np. otwartego oprogramowania. Bez wyzwisk, głupawych tekstów czy wyśmiewania. I dodam, chociaż może to dowód anegdotyczny, że nie spotkałam tam żadnej pani Gertrudy z różami i Jezusem na profilowym, która wprawdzie nie potrafi pisać na klawiaturze, ale to nie przeszkadza jej rzucać w każdego zgniłym mięsem. :)
Fedi jest również w większości bezpieczną przestrzenią dla osób queerowych. No i wymiana zdań na Fedi, w przeciwieństwie do Facebooka, nie daje mi uczucia wpadnięcia w sam środek zasranego rowu.

Także, reasumując: jeśli szukasz miejsca “jak dawniej” i zależy ci na interakcjach z fajnymi ludźmi, a nie tylko na sztucznym ruchu i złudnym poczuciu bycia fajnym – które może prysnąć niczym bańka mydlana (np. wtedy, kiedy Meta zablokuje permanentnie twoje konto za rzekome złamanie bliżej nieokreślonych “standardów społeczności”), Fedi jest zdecydowanie dla ciebie. :)

Z historii, czyli moje tablety graficzne

Sztuką cyfrową zajmuję się plus minus od 2005 roku. Tak “na serio”, bo pewne próby i podejścia miałam już wcześniej, jako uczniak z liceum.
Kiedy w 2006 r. dowiedziałam się, że istnieją urządzenia peryferyjne, dzięki którym można rysować na komputerze “jak na kartce”, byłam tym oczarowana i oczywiście też chciałam mieć swój tablet graficzny. Moim ówczesnym problemem była niestety bieda ekonomiczna, przez którą takie urządzenie było poza moim zasięgiem. Wtedy na rynku były tylko tablety firmy Wacom. W sensie, nie tylko – były też tablety firmy Pentagram oraz innych, podobnych jakościowo “marek”, które psuły się natychmiast po wyciągnięciu z pudełka. :) Serio, serio, zapytajcie artystów, którzy w tamtym czasie tworzyli cyfrowo. :)

Ale mam to do siebie, że jak się uprę, to osiągnę cel i w końcu mi się udało.
Moim pierwszym tabletem graficznym był Wacom Graphire 4 (używany w latach 2007-2014).

Tablet kupiłam w 2007 r., ale… przeleżał na półce jakieś cztery lata. Tak, początkowo rysowanie na tablecie przerosło mnie i to nawet bardzo… Wydawało mi się to bardzo trudne i kompletnie nie do opanowania. Nie umiałam sobie z tą sprawą poradzić. Rysowałam więc tradycyjnie – szkic ołówkiem + lineart cienkopisem – skanowałam to i jakoś tam nędznie obrabiałam na komputerze. Strasznie się tego wstydziłam i nikomu nic nie mówiłam, bojąc się wyśmiewania. To był początek mojego leczenia, więc bywało różnie. Dopiero na początku 2011 r. zacisnęłam zęby, ogarnęłam temat “jak należy” i odtąd lineart robiłam już na tablecie, na zeskanowanym szkicu, wykonanym ołówkiem. Jako ciekawostkę dodam, że szkice cyfrowe zaczęłam robić dopiero w 2021 r. i teraz nie wyobrażam sobie, że można było inaczej. :) Ach te “bezpieczne” schematy w głowie.

Wacom Intuos Pro M (2014 – 2019)

Intuos Pro był w tamtym czasie tabletem z naprawdę wysokiej półki – lepsze były tylko ekranowe Cintiq, kosztujące kilkanaście tysięcy złotych. Ten tablet przyleciał do mnie z… Australii. W 2014 roku moja mama poleciała tam odwiedzić rodzinę, a ja odkryłam, że za oceanem Intuosy są dużo tańsze, niż w Polsce i poprosiłam o przysługę. Była oczywiście inba, bo tablet nie zmieścił się do zwykłej walizki i musieli kupować jakąś nową specjalnie na bagaż podręczny, a ciocia była podobno na mnie wkurzona pytając się mojej mamy, dlaczego nie mogę po prostu rysować na kartce. :D Nie speszyłam się tym specjalnie, a tablet przyleciał cały i zdrowy. Rysowanie na nim było niesamowitym doznaniem. Bardzo na niego czekałam, wręcz odliczałam dni – a to były czasy, w których nie spotykało mnie zbyt wiele dobrych rzeczy.
Kiedy Intuos zaczął niedomagać ze starości, sprzedałam go tanio znajomemu, który chciał uczyć się rysowania w digitalu – Intuos służył mu jeszcze jakiś czas, a ja kupiłam…

Huion Inspiroy H1060P (2019 – 2020)

Tak, Huion to bardzo zabawna nazwa hahaha hihihi hehehe rotfl lol, pośmialiśmy się wszyscy, więc do rzeczy. :)
Huiony okazały się być fajną alternatywą i dobrą konkurencją dla drogich Wacomów. Firmie Wacom w tamtym czasie trochę się odkleiło w kwestii cen – Huion w ciągu kilku lat postawił ich do pionu, oferując dobre i DUŻO tańsze tablety płytkowe.

W 2020 r. zachciało mi się burżujstwa (pracowałam w szicie o nazwie ZAZ i miałam mały, acz stały dochód) i sprawiłam sobie pierwszy w życiu tablet ekranowy.

Huion Kamvas 20 (2020 – 2023)

Tablet kosztował sporo – całe 2000 zł, nie obyło się więc bez zjebanych komentarzy typu “nie było tańszego?” albo “nie zarabiasz na tym, więc bez sensu”. No cóż. Po trzech latach okazało się, że ten tablet absolutnie nie był wart swojej ceny, bo zaczął mieć problemy z naciskiem w jednej części ekranu. Dodatkowo był wielki, ciężki i nieporęczny. Sprzedałam go za pół darmo znajomemu, który chyba jeszcze do dziś ma z niego pożytek. :)

Ponieważ nie byłam już w stanie rysować na tablecie płytkowym – serio, to jest wielki przeskok i wielka różnica!, następcą został inny tablet ekranowy:

Wacom One Display 13 (DTC133) (2023 – 2026)

Mały, zgrabny i fikuśny… niestety odrobinę za mały. Jego największą wadą był dziwaczny kabel, który uwielbia się psuć (jeden mi się popsuł, ale drugi rozjechałam krzesłem xD), a nowy to niestety koszt ~200 zł. Nie ma żadnego taniego chińskiego odpowiednika, ani nic innego. Do tego folia na ekranie jest obowiązkowa, o ile nie chce się go błyskawicznie zarysować i tym samym zniszczyć.

Jakiś czas temu Wacom One 13 zaczął trochę niedomagać. W sensie, działa, ale od czasu do czasu – częściej niż rzadziej – rozłącza się i trzeba uruchamiać go ponownie. Nie miałam pewności, ale obstawiam, że to wina tego nieszczęsnego kabla, który nawet jako nówka wygląda jak coś, co tylko prosi się o to, by ulec awarii przy pierwszej lepszej okazji…

No i to jest następca.

Wacom One 14 Pen Display (2026 – obecnie)

Tablet na pierwszym zdjęciu wydaje się duży, ale w rzeczywistości taki nie jest. Jest mniejszy od One 13 – ale ma większy obszar roboczy i ogólnie jest smuklejszy. Wielką zaletą jest to, że podłącza się go po prostu jednym kablem USB C, a nie jakimś skomplikowanym dziwactwem. Wadą (dla mnie) jest z kolei to, że nie ma “nóżek” i muszę kombinować jakąś podstawkę. Ale od czego jest drukarka 3D. :)

Usilnie próbuję zrobić naszywkę xD

Wczoraj w końcu postanowiłam przysiąść i zaprojektować jakąś własną naszywkę (tak, taką na hafciarkę). Pomysł był ambitny i w celu wykonania naszywki narysowałam tegoż grubego szczura.

Niestety szybko zrozumiałam, czym różni się Artistic Digitizer od Artistic Digitizer Jr. … A mam oczywiście ten drugi. Otóż Jr. to okrojona wersja, która pozwala tylko na podstawową edycję plików. Zakup pełnej wersji nie wchodzi w grę, bo ten program kosztuje kilka tysięcy złotych. No i cóż – został mi Inkscape z addonem Ink/Stitch.
Pierwszym krokiem miała być konwersja pliku png (czyli mojego szczura) na plik obsługiwany przez hafciarkę… I tu zaczęły się schody. Musiałam zrobić coś, czego nie lubię, czyli poprosić o pomoc ChataGPT. Bo tak się składa, że mam naprawdę nikłe pojęcie o czymkolwiek związanym z grafiką wektorową. Coś mi tam podpowiedział, po czym efekt końcowy zaczął wyglądać tak:

Miałam uruchomić tzw. symulację, na którą pozwala addon Ink/Stitch i… Inkscape zawiesił się na śmierć.
AI podsumowało, że niestety, ale mój projekt jest zbyt zaawansowany i ma zbyt wiele szczegółów, co powoduje utworzenie miliarda ścieżek i zawiechę programu. Nie będzie z niego naszywki i bez sensu dalej brnąć w ten projekt. No cóż.
Oczywiście w sieci (w sensie, że online) jest mnóstwo darmowych konwerterów grafik na pliki hafciarek różnych firm i rodzajów, tyle że mam do takich rzeczy zerowe zaufanie – bo nawet jeśli działają, to przecież masowo kradną to, co się im wrzuca w ryje. Nie lubię takich praktyk, sądzę że większość artystów bez względu na popularność nie lubi. :P

Jak będę mieć wenę, biorę się za drugi projekt, który będzie już dużo bardziej uproszczony. Koncept projektowania czegokolwiek związanego z haftem komputerowym jest dla mnie wciąż bardzo niejasny.

c. d. n.!

Fotografia – moje małe hobby

Lubię robić zdjęcia.
Jak wielokrotnie pisałam tu i tam, nie mam zielonego pojęcia o fotografii, o jej zasadach, terminologii, zasadach kompozycji i innych tego typu sprawach, nie umiem nawet używać trybu manualnego w aparacie. xD Niestety nauka przychodzi mi już dość opornie. Po prostu mam jakiś taki zmysł i często wychodzą mi fajne zdjęcia.

Interesuję się tym w sumie od dziecka – swój pierwszy aparat fotograficzny Kodak Photo FX dostałam od ojca na 10 urodziny w 1996 roku. Pamiętam, że był to cały zestaw, także jakieś książeczki dla dzieciaków o fotografii itp. (niestety wszystko po angielsku), ale do czasów obecnych z tego wszystkiego zachował się tylko sam aparat.

To były czasy pt. “nie marnuj kliszy na głupie i niepotrzebne zdjęcia, bo klisza jest droga!”. Maksymalnie można było zrobić 36 zdjęć. I faktycznie, klisza była droga, a wywołanie zdjęć też nieco kosztowało. Pamiętam, że mieliśmy mały zakład fotograficzny na naszej ulicy i tam zawsze chodziło się wywoływać różne zdjęcia, z wakacji, wycieczek itp. Oczywiście największa frajda była wtedy, kiedy udało się naciągnąć mamę na dwie klisze po 36 zdjęć, jeśli były w promocji. :)

Tym aparatem od taty nie zrobiłam żadnych super zdjęć, byłam po prostu dzieciakiem z zabawką, który latał i fotografował to, co w jego mniemaniu było ciekawe. Dodam, że od robienia zdjęć ludziom, wolałam fotografować widoczki, architekturę, przyrodę itp. – i mam tak do dziś.

W czasach liceum kupiłam sobie coś na kształt cyfrówki – za namową kolegi z klasy, który wygrzebał to ustrojstwo gdzieś na Allegro.

(zdjęcie poglądowe z internetu)

Cyfrówka to w sumie za dużo powiedziane. Był to malutki aparacik mieszczący się w każdej kieszeni – wprawdzie robił zdjęcia fatalnej jakości (coś jak pierwsze aparaty w telefonach komórkowych), ale dla nastoletniej mnie był super gadżetem. Był towarzyszem niejednego wypadu czy wycieczki. Pamiętam, że miał też funkcję kamerki internetowej.

W czerwcu 2005 roku, krótko po mojej maturze, mama zlikwidowała jakąś tam książeczkę oszczędnościową i zgodziła się kupić mi porządny jak na tamte czasy aparat cyfrowy. Padło na model Olympus CAMEDIA C-740UZ.

(zdjęcie poglądowe z internetu)

I dopiero mając tego Olympusa, zaczęłam lepiej rozumieć fotografię.

W szkole policealnej (2007 – 2009) miałam krótki epizod z fotografią analogową, gdzie biegało się z jakimiś Zenitami i innymi Zorkami po okolicy i potem wywoływaliśmy to w ciemni. Oczywiście nic mi z tego nie wyszło i nauczycielka, notabene średnio przyjemna osoba, marudziła. Ja się wtedy fatalnie czułam, miałam źle dobrane leki i nie wspominam tych czasów miło. Ale samo doświadczenie było ciekawe. :)

W 2009 mój Olympus był już mocno sfatygowany, na tyle, że na matrycy wyskoczyły martwe piksele. Kupiłam kolejny aparat – Olympus SP-600UZ. Odkupiłam go jako nówkę od znajomego z internetu, którego dziewczyna wygrała ten aparat w jakimś konkursie, ale miała lepszy i chciała sprzedać swoją nagrodę.

(zdjęcie poglądowe z internetu)

Służył mi jeszcze kilka długich lat, w 2016 kupiłam Sony DSC-RX100, ale nie cieszyłam się nim specjalnie, bo krótko potem babcia się połamała i jako, że nie miałam wtedy swojego własnego życia, pomagałam rodzicom w opiece nad babcią przez prawie 7 lat…


(zdjęcie poglądowe z internetu)

Żałuję, że go sprzedałam.

Potem kupiłam aparat Kodak AZ425, że niby taki uniwersalny kompakt, ale aparat okazał się chińskim gównem wyjątkowo marnej jakości.


(zdjęcie poglądowe z internetu)

Sprzedałam go za grosze jakiemuś panu na OLX i starałam się nie roześmiać, kiedy on przed zakupem oglądał to guano niczym jakieś cudo techniki za milion złotych. Mam nadzieję, że może chociaż ten pan ma jakikolwiek pożytek z tego aparatu.

Teraz mam lustrzankę (z obiektywem): Canon EOS 2000D + EF-S 18-55mm f/3,5-5.6 DC III


(zdjęcie poglądowe z internetu)

Do tego dwa dodatkowe obiektywy. Canon EF 50 mm f/1.8 STM i Canon EF 75-300mm F4-5.6 III (ten drugi to teleobiektyw dla ubogich).

Ogólnie czuję się za głupia na ten aparat, ale póki co nie zabieram się za naukę trybów manualnych, bo mam wiele innych spraw do ogarnięcia.
A poza tym robię zdjęcia także telefonem, Samsungiem Galaxy S23.

Gdzie pisać bloga w XXI wieku?

Kilka moich refleksji i wskazówek odnośnie możliwości blogowania we współczesnym internecie. :)

Gotowce:

wordpress.com – strona pozwalająca założyć i prowadzić bloga na WordPressie bez instalowania tego skryptu na własnym hostingu. Ma jednak wielki minus – zdecydowana większość funkcji i wtyczek jest tutaj dostępna jedynie po wykupieniu premium. Darmowa wersja jest mocno okrojona, ale może dla kogoś to będzie wystarczające.

blogger.com – blogi “jak dawniej”, pod egidą Google. Fajną funkcją tego serwisu jest możliwość zakładania prywatnych blogów tylko dla zaproszonych osób. Wadą jest brak możliwości zarządzania treścią tak jak np. w WordPressie, jak i również brak możliwości blokowania użytkowników.

openwrite.io – coś spod egidy Fedi. BARDZO mocno minimalistyczny blog, bez funkcji komentarzy i bez jakichkolwiek wodotrysków, dla osób ceniących ascetyzm (i nie chcących wchodzić na swoim blogu w interakcje). Jeśli chce się z tego wycisnąć coś więcej, wymagana jest już pewna ilość wiedzy informatycznej.

Edit: openwrite właśnie zyskało opcję dodawania komentarzy.

Do samodzielnej instalacji:

wordpress.org – skrypt WordPress do samodzielnej instalacji na własnym hostingu, który daje niezliczone możliwości zarządzania blogiem i treścią. Jednym słowem – ma się dosłownie wszystko pod pełną kontrolą.

flatpress.org – alternatywa dla WordPressa dla osób, które wolą bardziej niezależne i minimalistyczne rozwiązania. Testowałam FlatPress, niestety nie mam dobrego zdania o stabilności tego skryptu – po wgraniu na serwer motywu (z oficjalnej strony), całość się wysypała i tyle było mojej zabawy. Potem już nie wracałam do tematu.

Wiem o istnieniu jeszcze innych skryptów:

– b2evolution
– Dotclear
– PluXml
– Serendipity
– Textpattern

…ale żadnego z nich nigdy nie używałam.

To tyle, jak ktoś ma coś do dodania, to nie krępujcie się. :)

Krótka (bardzo krótka) przygoda z Ubuntu

Miałam ostatnio kilka pechowych przygód, z których jedna zakończyła się… zainstalowaniem na moim MSI Katana Ubuntu. No cóż, chęci miałam dobre, no ale wiadomo jak to jest w tym przysłowiu o dobrych chęciach. Żeby nakreślić wam w czym tkwi problem, objaśnię, że programy, których używam do rysowania (Clip Studio Pain i MediBang) są dla mnie święte, tak samo jak święte jest dla mnie rysowanie. Bez rysowania nie żyję, nie oddycham i nie funkcjonuję, koniec kropka. Zmiana programów też nie chodzi w grę (chyba, że Photoshopa na Gimpa).

I pomimo najszczerszych chęci, tutoriali i wskazówek, nie udało mi się zmusić Clipa do działania ani za pomocą Bottles, ani za pomocą Wine. Po całym długim dzionku pieprzenia się z tym, skapitulowałam i zainstalowałam ponownie Windowsa…
Nie zrozumcie mnie źle – zrobiłam to z pewnym żalem. Ubuntu fajny system, ok, ale to wciąż – mimo zmian jakie dokonały się w nim na przestrzeni ostatnich 8 lat – nie jest system przyjazny dla zwykłego szarego człowieka, który chciałby tylko cieszyć się w pełni działającym laptopem. Nie mam wiedzy, żeby rozgryzać tajniki Wine i Bottles i nie dostać przy tym ciężkiej kurwicy.

Więc mam znowu Windowsa i wszystko działa.

Zainstalowałam Gimpa i udało mi się coś w nim podziałać.

Rysunek oczywiście powstał w CSP, Gimpa użyłam tylko do dodania pewnych elementów. I… jest lepszy niż PS. Stąd moja decyzja: w maju zapłacę jeszcze za PS, na dniach zainstaluję go i dodam sobie gradienty do Gimpa i… nara, Adobe.

Przez tych kilka przygód (pechowych), trochę wybiłam się z rytmu. Teraz za to staram się ogarnąć wielkie sprzątanie domu, ale bywa z tym różnie.

Myślę, żeby zacząć czytać kolejną książkę, ale na razie za dużo się dzieje. Także – wracam do swoich hobby i innych nie związanych z obowiązkami aktywności dopiero za kilka dni.

Nie wiem czy klamka zapadła, ale

Jakiś mądry człowiek powiedział kiedyś, że zmiany to ewolucja, a nie rewolucja – no i tak to jest.

Moje spontaniczne kasowanie różnych rzeczy jest znane w świecie i złośliwie komentowane przez resztki znajomych, które jeszcze gdzieś tam mi się ostały. Odpowiadam, że trudno i muszę z tym żyć, ale coś mi tam ostatnio pykło w głowie, chyba.
Ogólnie siedzę teraz na Fedi i bardzo mi to odpowiada. Kontakt z żywymi ludźmi, którzy mają mózgi, a nie z chamstwem i botami. Można wymieniać z nimi komentarze i nie ma się potem poczucia, że człowiek się wyjebał na ryj i wpadł do rowu z gównem. Na wallu widzę to co chcę, nic nie podnosi mi ciśnienia i nie dostaję żadnej lepy na ryj. A za chamstwo nie ma tam gratyfikacji – jest tylko ban.

Mówiłam, że na FB trzyma mnie grupa książkowa i moje peje. No ale cóż, grupa ostatnio świeci pustkami. Jak ktoś coś wrzuci, to na ogół jakiś slop z szemranych pejów typu ckliwe refleksje o braku patriotyzmu u współczesnej młodzieży – nie to co w 1944, oferty sprzedaży książek albo komentarze jakiegoś boomera, że czyjeś traumy wojenne są za mało spektakularne i źle opisane i on daje tylko dwie gwiazdki na pięć. No, jak widzicie, do wartościowych treści temu daleko. Kiedyś ta grupa miała sens i bywało dużo postów na poziomie, teraz jest miałko.

A peje? Jak się przekonałam, mogę bez nich żyć. I jak pisałam, wolę interakcje z ludźmi, którzy mają świadomość jak działa internet i przy tym nie są sfrustrowanymi dzbanami. Ewentualnie botami… Tak, co trzeci, a na pewno co piąty, użytkownik Facebooka i X to bot. I to taki tzw. zły bot, służący tylko temu, żeby ktoś sobie spieniężał w najlepsze wasze negatywne emocje. Ludziom się wydaje, że walczą z czymś, czego nie lubią, a tu tylko ktoś sobie włączył monetyzację na pełnej kurwie i działa. Ludzka głupota jest jak krowa, co sprytniejszy tutaj doi ją
Nie chcę być częścią takiego szamba, ale nie wykonuję żadnych radykalnych działań typu usuwanie kont itp. Teraz wiem już, że to się musi odbyć powoli. Tak samo jak wcześniej przestałam korzystać z DeviantArta i publikować tam swoje rysunki.

Mam swoje fora, mam swoją blogosferę (blogi, które czytam i sama prowadzę) i chcę korzystać z internetu z głową.
…i nie tylko z internetu.

Ostatnio wyczaiłam, że mój ulubiony (…?) program graficzny Adobe Photoshop ma opcję zwiększania rozdzielczości obrazu przez AI. Ok, Photoshop ma funkcje AI nie od dziś, ale po prostu nigdy z nich nie korzystałam – teraz spróbowałam, chcąc po prostu powiększyć mema… I moim oczom ukazał się taki koszmarek:

Okej, poczułam się jak największy nieudacznik świata, bo płacę za to 80 zł na miesiąc… Pomyślałam, że to bardzo smutne.
Photoshop nie służy mi stricte do rysowania, bo do tego jest kiepski – używam go po prostu na pewnych etapach obróbki. I głównie z przyzwyczajenia. Brutalna dla mnie prawda jest taka, że Gimp ma te same funkcje i jak przysiądę, to zapewne będę w stanie zaimplementować gradienty i jakieś tam inne rzeczy, których używam. 80 zł zostanie na koncie i nie będę zmuszona do patrzenia na funkcje AI, które w przypadku takiej korporacji jak Adobe nie służą niczemu dobremu… A bez apki PS na telefon tym bardziej się obejdę. I nie będę wspierać kolejnej korporacji, która mną gardzi, a ja naiwnie uważam, że daje mi za tą “niewielką opłatą” dobre narzędzie.

Dzisiaj, żeby przełamać pierwsze lody, zrobiłam w Gimpie dwa drobiazgi. Pierwsze to dopasowanie artu ze Szczurem do banneru na tego bloga, a drugi – zastosowanie rozmycia na części zdjęcia. Robi się to niemal identycznie jak w PS, a jedno i drugie zajęło mi w sumie kilka minut.

Także idę ku temu, czym jako młodzi internauci żyliśmy ~20 lat temu. Fora, blogi, Fedi. Nieważne, że nie zbuduje się na tym społeczności i nie ma miliona lajków – pięć żywych i inteligentnych osób jest cenniejsze od trzystu botów. Dziwi mnie, że tak niewielu ludzi to rozumie, ale w sumie co mnie to. No i program graficzny, którego mogę używać za darmo, który nie zbiera żadnych moich danych ani nie wykorzystuje moich prac do nauki AI. Swoje rysunki też chcę prezentować w bardziej przyjaznych miejscach (DeviantArt, dawno temu moje ulubione miejsce w sieci, to obecnie wyjątkowe szambo, działające na tych samych zasadach co mainstreamowe social media, a do tego wszystko tam jest zasrane AI).

No i cóż – może potem zasiądę do Gimpa i pobawię się tymi gradientami i zobaczę co się je z czym.
To tyle. Do następnego. :)